Spowiedź zawsze mnie przerażała. W ciągu swojego prawie czterdziestoletniego życia przystąpiłem do niej raptem kilka razy. I chyba nigdy nie odprawiłem tak jak należy wyznaczonej mi pokuty. Raz, że nie znałem i do tej pory nie znam więcej niż połowy modlitw, dwa, że nawet nie wiedziałem gdzie niektórych z nich szukać w modlitewniku. Nie wyspowiadałem się przed ślubem mojego brata – jego małżeństwo się rozpadło. Przed swoim zrobiłem to tylko jeden raz z obowiązkowych dwóch – też różnie bywało. Przed chrzcinami syna w ogóle nie poszedłem do spowiedzi, no i jest, tak jak jest… Za to byłem dzisiaj. Nie to, że rekolekcje czy coś. Zwyczajnie, mam być ojcem chrzestnym. Stwierdziłem po prostu, że chociaż raz zrobię to tak jak trzeba, czymkolwiek by „to” nie było. Spowiedź zawsze mnie przerażała. Ale już się nie boję. Jutro też tam pójdę.