czegoś

Teoretycznie wolny dzień trwa w najlepsze. Świeci słońce, pusty park jest mój. Mama lepiej się czuje. Kawa smakuje, mimo że wsypało mi się do niej za dużo przyprawy. Jest nawet pączek, bo ważę za mało. W głośnikach Fish śpiewa o gorących i wilgotnych okręgach, a rzeczy jakoś się układają. I wszystko jest, a jednak czegoś brakuje. Ale czego, tego nie umiem wskazać.

psuj

Psuje się człowiek. Nie mogę wejść w sen, albo nie mogę się z niego wydostać. Za to ze snu udało się mnie wyrwać mojej nodze. Rozbolała mnie, nie wiem, biodro, mięsień. Oczywiście na tym boku śpię, żeby było łatwiej. I pocę się jakoś bardziej, pomimo dezodorantu, braku nadwagi i zelżenia upałów. Może to wynik stresu, a może wchodzę w taki etap. Ale nie dam się. Dziś od rana jest jakoś łatwiej. Nic sobie nie robię z szyderstw kanapek. „Hahaha, hihihi, i jak nas niby dzisiaj przyrządzisz, jak ci się to niby ma udać, hahaha, hihihi…”. Kpiny lodówki nie robią na mnie wrażenia, jej kłapanie drzwiami puszczam mimo uszu. „Chłechłechłe, spróbuj coś we mnie znaleźć, no spróbuj, chłechłechłe…”. Mimo wszystko coś mi mówi, że będzie to dobry dzień.

spacer nielegalny

Jeżeli gdzieś zatrzymuje się czas, pęd, mgnienie mknięcia, to takim miejscem jest cmentarz. I mam tu na myśli oczywiście panującą na nim atmosferę, a nie, że tak powiem, korzystanie z niego. W końcu tu dotarłem, żeby to osiągnąć musiałem się udać na nielegalny spacer. Kusiło mnie aby przechadzkę uczynić jeszcze bardziej nielegalną, ale tym razem byłem twardy. Nie zawsze przegrywam, czasami też gram. No więc jestem, stoję nad nagrobkiem. Trochę szkoda, że nie pada. Albo przynajmniej nie wieje, mży, dżdży, czułbym się jak jakiś romantyczny bohater, jak Bruce Wayne przychodzący w chwilach zwątpienia zasięgnąć rady nieobecnych rodziców. Chociaż on miał chyba w swojej posiadłości własne mauzoleum, nie pamiętam. Nie kojarzę też za dobrze kiedy tu byłem poprzednio. Od tego czasu świat, który i tak już dawno przestał być moim światem, kompletnie zwariował. I cieszę się, że ojciec tego nie dożył. Nie mogę sobie przypomnieć dokładnej daty jego śmierci. Szukam nekrologu w internecie, znajduję, jakoś umyka mi fakt, że data wyryta jest przecież na płycie nagrobka. Jestem jakby stremowany. Próbuję się modlić, bo rozmowa z tatą wymownie się nie klei, ale nie pamiętam nawet „Ojcze nasz”. Tak, odczuwam zdecydowanie coś w rodzaju tremy. Wyciszam się, słowa wracają na swoje miejsce. Wypalone wkłady w zniczach zastępuję nowymi, przecieram kamień, mój wzrok pada na wyrytą datę urodzin mojej mamy. Z początku to, że jej imię i nazwisko umieszczono na płycie jeszcze za życia, wydawało mi się trochę makabryczne. Teraz… Przecież i tak wszystko ku temu zmierza, nieprawdaż? Jestem już całkiem spokojny, siadam na ławeczce, rozmowa nieco za przeproszeniem ożywa. Czyżbym tylko tu potrafił się odprężyć? Za ogrodzeniem czas, pęd, mgnienie mknięcia, tu ukojenie. Niestety trzeba wracać. Żegnam się i nie przeżegnawszy się odchodzę. Cóż bardziej adekwatnego niż Dead Can Dance w uszach? Sam mam ochotę tańczyć. Za ogrodzeniem stoper włącza się sam z siebie. 3… 2… 1… Czas start! Idę dobrze znanymi uliczkami. Kiedy ostatnio tędy szedłem, wszystko wydawało się być we względnym porządku. Ciekawe jak jest teraz.

ze zbioru listów niepisanych

Pamiętam, jak mój kilkuletni wówczas syn przy okazji jakiegoś rodzinnego spotkania powiedział „tata się czasem wyłącza”, wywołując tym salwę dobrodusznego śmiechu wśród zgromadzonych przy stole. Śmiałem się wraz z innymi, ale w duszy unosiłem brwi ze zdumienia nad trafnością tej nieświadomej zapewne oceny. Tak więc wyłączam się. Lekarze, szkoły, kłótnie o niewysprzątany pokój… Wszystko to spływa po mnie na podobieństwo tego jesiennego deszczu, którego nie ma.

Z zupełnie innej beczki – czytam „Diunę” Franka Herberta i nie mogę się nadziwić, że robię to dopiero teraz. Taki niby wielki fan S-F! Coś wspaniałego, coś bardzo uduchowionego… Już od jakiegoś czasu chciałem odświeżyć sobie wizję Davida Lyncha, ale wcześniej obiecałem sobie zaznajomić się z książkowym pierwowzorem. A o tym, że nakręcono nową wersję filmu, dowiedziałem się zupełnie przypadkowo. Lubię takie zbiegi okoliczności. Dają nadzieję na to, że w życiu faktycznie wydarza się więcej, niż sugerowałyby librus, kalendarz google’a i czyjeś wyniki badań.

przechadzająca się antymateria

Czy ja jestem słońcem, że leżąca na łóżku uschnięta roślina zwraca w moim kierunku swą twarz? Jeżeli tak, to przeważnie zachmurzonym. Idę i mrużę oczy, przez całe życie. Skwaszony, wiejący, odstraszający. Wymyśliłem sobie kawałek spaceru drogą okrężną, po prostu chciałem być przez chwilę sam. Ale gdzie tam – sobota, upalne wczesne popołudnie. Ludzie. Strzępki rozmów. Debilna moda na rozmawianie przez telefon przy włączonym głośniku, tak, aby wszyscy dookoła słyszeli całą rozmowę. Aby nic nam nie umknęło z czyjegoś życia. Nienawidzę, jak zbuntowany nastolatek. Życzę wszystkim jak najgorzej. Szumi tym wszystkim całe miasto, szumię i ja. Wieję, bronię się przed tym, więc staram się zasysać wiatr. Dmę ku sobie, więc mrużę oczy. Skręcam. Tam, kawałek drogi na przełaj, wreszcie sam. Moje niebo, moja ścieżka, moje zarośla. Śledzą mnie korporacyjne okna nieopodal, ale może za lustrzanymi szybami nie ma nikogo. Przynajmniej taką mam nadzieję.

j’étais

Zatańczysz? Ale nie przy zlewie, nie pomiędzy prętami suszarki sufitowej. Tam, na łące, pod sznurami wysokiego napięcia spomiędzy których podglądałyby nas gwiazdy. Gdybyś tak mogła wejść ze mną wtedy do tego wypełnionego światłem i dźwiękiem blaszaka… Na mojej szyi nic już nie wisi, wtedy plątałem się w tańcu z benedyktyńskim krzyżem, ja w jedną, on w drugą stronę. Dziwne, w moich wspomnieniach jawi się on jako gwizdek. Pewnie dlatego, że zdarzyło mi się parę razy zadąć w niego na alarm. Obecnie nie tańczę, a pobrzękuję jedynie kilkoma kompletami kluczy, które noszę w różnych kieszeniach. Przeważnie w tych, do których bezskutecznie próbuję sięgnąć zajętą ręką.

wrze w sieni

Zawsze można zachowywać pozory. Poudawać, pooddawać, podać. Coś komuś. Można sobie wyobrazić na przykład, że jest wieczór. Siedzi się pubie, gdzieś na końcu baru, ale tak, aby móc obserwować drzwi. Przyjdzie dzisiaj, czy nie? Można w tym czasie wodzić palcem po krawędzi szklanki, a na serwetce zapisywać wiersze albo blogowe mądrości na później. Można to sobie wszystko stworzyć na potrzebę chwili, aby myśleć o tym, że ma się coś do powiedzenia, a nie o tym, że robi się kolejną w swoim życiu głupotę.

*David Sylvian plays softly in the background*