pobocza

Znów widzę te czarne postacie na poboczu. Rozlane plamy na granicy wzroku. Rozmyte, brudne. Szarpią. Targają. Co mam zrobić? Co pozostaje? Tak bardzo kusi skok na platformę kolejową towarowego pociągu, z całym transportem zniknąć w noc. Gdzieś daleko stąd można by po prostu odłączyć wagon. Zardzewieć do reszty na jakiejś bocznicy. Jak długo można jeszcze ciągnąć ten ładunek, skoro wyszło się z mody? Nastały czasy bezzałogowych składów, bardzo ekologicznych. Bezproblemowo z punktu A do punktu B. Bez opóźnień.

Tu będzie dobrze, tu nie dotrze światło semaforów. Poczekam, niech mnie znajdą, rozszarpią, roztargają.

do wtóru

Powtórnie sobowtóry różnej postury. W mijających się tramwajach. Kilka kroków ode mnie na moście. W wypełnionym lękiem/dźwiękiem/wdziękiem tłumie. A ja otumaniony, czekam aż kurz opadnie, zastanawiając się czy to ty, czy to był w ogóle człowiek. Minęły całe dekady od czasu gdy uśmiechałem się do telefonu. Teraz zdarza się, że drgnie mi kącik ust przechodząc obok jakiegoś żywopłotu, albo gdy mam okazję przejechać dłonią po wilgotnym bluszczu. Przede mną tyłem do kierunku jazdy usiadły lata dziewięćdziesiąte, takie wypisz wymaluj. Dzieli nas wszystko, choć wywodzimy się z tego samego miejsca. Ja najwyraźniej odpycham, nie nadążam, albo wybiegam za bardzo do przodu. Czuję, że jak w czasach pandemii będę miał cały wagon dla siebie.

szyd

Szydzi ze mnie odpowiedź na moje ogłoszenie. Ze wszystkich ludzi na całym świecie musiał napisać znany w mojej branży oderwany od rzeczywistości wariat, pośmiewisko. Być może swój do swego…

Szydzi ze mnie wsiadająca do tramwaju para: on z gitarą, ona roześmiana.

Szydzą ze mnie osoby, które mogę znać i konta do obserwania.

Szydzą ze mnie pozostawiane na mojej drodze butelki po Soplicy. Tak żebym je spotkał. W jedną stronę całe, w drodze powrotnej roztrzaskane po całym chodniku.

Szydzi ze mnie ulica prowadząca do mojego nowego mieszkania. Byle jak zamiatana z liści. Wszyscy zawsze ciągną w przeciwnym kierunku, jak tylko wychodzę zza rogu widzę plecy ludzi oddalających się od bramy wejściowej. Do mieszkania zaglądają tylko liście.

masz ognia?

Zadałem to pytanie na głos, co samo w sobie może nie byłoby dziwne, gdyby nie dwie rzeczy: nie palę od lat i byłem zupełnie sam na ulicy. Na moście właściwie. Ogień wcale za mną nie kroczył, a most nie oddychał, niemniej zestawienie ciekawe. Kompletnie nie wiem czemu tak mi się wyrwało. Może dlatego, że ostatnio więcej mówię do nieobecnych ludzi. Tak łatwiej, gdy ich nie ma ja się mniej boję, a oni uważniej słuchają. Widuję też niekiedy na ulicy mojego ojca. Zrelaksowany, pogodzony ze wszystkim, jak nie on, bo to nie on przecież. Zadowolony z… życia.

żelki

„Nie ma się czego bać”. Takie zdanie mam zapisane w szkicowniku wordpressa. Nie przyjrzałem się jak długo ono sobie już wisi w niebycie. Mógłbym się cofnąć do panelu użytkownika, ale już mi się nie chce. Zresztą kto wie, może skoro otworzyłem plik ze szkicem, to z atomatu zmieniłem mu tym datę utworzenia? Czy to zresztą ważne? Zdanie wisi wraz z tytyłem wpisu – żelki. I o ile za nic w świecie nie jestem w stanie sobie przypomnieć czego tak naprawdę nie ma się bać, to żelki akurat dobrze pamiętam. Od ponad miesiąca miałem o nich napisać. O innych rzeczach też, teraz mi się przypominają. Przywołam je więc w telegraficznym skrócie z głowy, a że głowa najczęściej może być tylko przeszkodą, to i wywołanie tych zdjęć w ciemni będzie zakłócane pozostawianą na noc niedociągniętą zasłoną. Żelki ktoś rozsypał pod wiaduktem kolejowym w mojej nowej okolicy. „Rozsypał” – no wypadły komuś po prostu. I oczywiście nikt ich nie pozbierał. Leżały tak bardzo długo. Nawet bezdomni nimi pogardzili. Po niedopałki papierosów albo po drobne by się pewnie chętniej schylili. Czerniały z każdym dniem, aż któregoś zniknęły bez śladu. Pomyślałem wtedy, że przecież miałem o nich napisać, nie zrobiłem tego do tej pory, więc zrobię to teraz. Najdalej jutro. Nie wiem ile czasu upłynęło, ale teraz jest dziś. Nie ma się czego bać, przecież piszę. Chaotycznie, zupełnie zgodnie z muzyką która mnie otacza bądź uwiera. Byłem też świadkiem niesamowicie plastycznej sceny. W tramwaju usiadłem naprzeciwko młodej siostry zakonnej, całej ubranej w różne odcienie szarości. Po naszej przekątnej siedziała kobieta będąca całkowitym kontrastem wobec niej: brunetka w ogniście krwistoczerwonym dwuczęściowym kostiumie, w takich samych butach na wysokim obcasie, z taką też torebką, nawet we włosach miała jakiś akcent w tej kolorystyce, nie pamiętam już czy to była spinka, czy też opaska. Gdy zdałem sobie sprawę jak filmowo wręczo to wygląda, to aż uśmiechnąłem się w duchu. Nic tylko oczekiwać na jakiś fight. Co jeszcze? Coś pękło też gdzieś po drodze. Zbyt długo powstrzymywałem, a może wręcz odpierałem, bo oprzeć nie można było. Pękło, nie pokaleczyło głęboko, bo nie rozsypało się na kawałki, po prostu odłożyłem na bok, oparłem o ścianę, tylko tak się dało, niech stoi. Wszystko stało się przezroczyste. To nie lustro, niczego nie odbija. Nie jest to też trumna, dla zwykłych ludzi nie robią takich w których widać co zachodzi w środku. Możliwe, że to pleksa, w każdym razie świetnie tłumi. Ktoś się tym może kiedyś zajmie, tak jak tymi żelkami. Chyba nie ma się czego bać.

zdanie

Zaczęło się od zdania rodem z podręcznika do języka polskiego dla klasy pierwszej szkoły podstawej. Zdania którego nie mogę sobie teraz przypomnieć. A szkoda, bo przynajmniej skróciłbym cierpienia mojego oprawcy. Uprzedzałem go, że praktycznie nie odczuwam bólu, ale nie chciał mnie słuchac. A może to ja wolałem się nie odzywać, żeby go czasem nie urazić? Zdanie, zdanie… No nie pamiętam, jedyne co widzę wyraźnie, to siebie kręcącego głową na myśl o tym, żeby może użyć notatnika w telefonie. Przecież nie zapomnę. Płynnie przechodzimy do podtapiania. Ręcznik okleja moją twarz, staje się kolejną maską, pachnie każdą pokusą, bo już nie wiem czym jestem polewany. Zdanie jednak za nic w świecie nie chce wypłynąć na powierzchnię. Było, minęło. Utonęło.

opalcowanie

Tak rzadkie połączenie gdy każdy opuszek ma swój własny mózg. To konieczne, bo mój umysł stał się dmuchawcem. A że ostatnio bardzo wieje… Myślę w różnych kierunkach, myśli tracę z oczu. Odbieram inną transmisję, dociskam strunę i staję się anteną. Stykam się mimo odległości. Palcom wgrana choreografia.