„Nie ma się czego bać”. Takie zdanie mam zapisane w szkicowniku wordpressa. Nie przyjrzałem się jak długo ono sobie już wisi w niebycie. Mógłbym się cofnąć do panelu użytkownika, ale już mi się nie chce. Zresztą kto wie, może skoro otworzyłem plik ze szkicem, to z atomatu zmieniłem mu tym datę utworzenia? Czy to zresztą ważne? Zdanie wisi wraz z tytyłem wpisu – żelki. I o ile za nic w świecie nie jestem w stanie sobie przypomnieć czego tak naprawdę nie ma się bać, to żelki akurat dobrze pamiętam. Od ponad miesiąca miałem o nich napisać. O innych rzeczach też, teraz mi się przypominają. Przywołam je więc w telegraficznym skrócie z głowy, a że głowa najczęściej może być tylko przeszkodą, to i wywołanie tych zdjęć w ciemni będzie zakłócane pozostawianą na noc niedociągniętą zasłoną. Żelki ktoś rozsypał pod wiaduktem kolejowym w mojej nowej okolicy. „Rozsypał” – no wypadły komuś po prostu. I oczywiście nikt ich nie pozbierał. Leżały tak bardzo długo. Nawet bezdomni nimi pogardzili. Po niedopałki papierosów albo po drobne by się pewnie chętniej schylili. Czerniały z każdym dniem, aż któregoś zniknęły bez śladu. Pomyślałem wtedy, że przecież miałem o nich napisać, nie zrobiłem tego do tej pory, więc zrobię to teraz. Najdalej jutro. Nie wiem ile czasu upłynęło, ale teraz jest dziś. Nie ma się czego bać, przecież piszę. Chaotycznie, zupełnie zgodnie z muzyką która mnie otacza bądź uwiera. Byłem też świadkiem niesamowicie plastycznej sceny. W tramwaju usiadłem naprzeciwko młodej siostry zakonnej, całej ubranej w różne odcienie szarości. Po naszej przekątnej siedziała kobieta będąca całkowitym kontrastem wobec niej: brunetka w ogniście krwistoczerwonym dwuczęściowym kostiumie, w takich samych butach na wysokim obcasie, z taką też torebką, nawet we włosach miała jakiś akcent w tej kolorystyce, nie pamiętam już czy to była spinka, czy też opaska. Gdy zdałem sobie sprawę jak filmowo wręczo to wygląda, to aż uśmiechnąłem się w duchu. Nic tylko oczekiwać na jakiś fight. Co jeszcze? Coś pękło też gdzieś po drodze. Zbyt długo powstrzymywałem, a może wręcz odpierałem, bo oprzeć nie można było. Pękło, nie pokaleczyło głęboko, bo nie rozsypało się na kawałki, po prostu odłożyłem na bok, oparłem o ścianę, tylko tak się dało, niech stoi. Wszystko stało się przezroczyste. To nie lustro, niczego nie odbija. Nie jest to też trumna, dla zwykłych ludzi nie robią takich w których widać co zachodzi w środku. Możliwe, że to pleksa, w każdym razie świetnie tłumi. Ktoś się tym może kiedyś zajmie, tak jak tymi żelkami. Chyba nie ma się czego bać.