ziel

Milknie ta pieśń, któraś już z kolei. Tę zapamiętam do końca życia, bo wyśpiewała mi teraźniejszość. W nią wdziera się niekiedy przyszłość, Diane, sama to czujesz. Zapachy wyświetlane na kinowym ekranie nie mogą kłamać. Tak będzie. Smaczny ten bluszcz o nieistniejącej godzinie. Tak jest.

enigma

Pozbyć się tych wszystkich kodów z głowy. Brakuje mi już w niej miejsca. Nie odróżniam pęków kluczy, wszystkie drzwi zlewają się ze sobą. Nie wiem przed którymi stoję i czy już jestem w środku. A może właśnie wyszedłem? Każdy kolejny szyfr przypomina ten poprzedni, złamany jakiś czas wcześniej.

drwa

Drewniany kształt. Tyle mi pozostało, tyle zawsze miałem, tylko nie zawsze sięgałem. Spokojnie czeka, uszyty na miarę. Zawsze. Nieważne w jakim pokoju, daleko czy blisko. Zbierać mu kurzu nie dane będzie, zebrałem go dotychczas za nas dwoje. Ja coraz mniejszy, kształt wciąż pełniejszy. Drewno tak miłe w zapachu, tak czułe w dotyku. Tyle opowieści zamkniętych w słojach. Ja coraz mniejszy, bajek przed snem łaknący.

w linie w kratkę

Trzepot. Drży płomień świecy. Czyje to wspomnienia? Rozdarta kartka papieru. Od dziecka miałem z tym problem, żeby ładnie wyjąć kartkę ze środka zeszytu. Grube bruliony chudły w oczach na podobieństwo zeszycików w trzy linie dla najmłodszych uczniów. Albo tych które miały być do przedmiotów traktowanych po macoszemu. Jak, nie przymierzając, muzyka, czy plastyka. Byłem autorem wielu komiksów, które kończyły się zanim na dobre rozpoczęły. Tak, chyba można powiedzieć, że mogłem być oceniany po okładce. Na dokładkę ma powstać o mnie film biograficzny. Czytałem scenariusz – niewiele się w nim zgadza.

sygnał

Przerażony własną odwagą odczytuję ostrzeżenie alarmująco pulsującej czerwonej papryki. W niekończącym się śnie śnię o tym wszystkim co się już od dawna dopiero wydarzy. Nie trzeba mieć ze sobą parasola. Wystarczy cokolwiek, owoc, orzech, cokolwiek – byle okrągłe.

po nie w czasie

Za późno, nie zdążyłem, zaspałem pierwszego, szkoła rozpoczęła się beze mnie, trudno, może w przyszłym roku, ale nie oszukujmy się, nie będzie już takiego września, o ile będzie cokolwiek, z pewnością będą kasztany, nazbieram ich ile wlezie, upcham gdzie się da, po kieszeniach, parapetach i półkach, o ile jakieś będą, jak nie będę miał ich gdzie pomieścić, to będę wkładał je do ust aż szczelnie wypełnią głowę, może wtedy umilknie ten jazgot, wyginą te pszczoły których nie mogę uciszyć żadnym prysznicem, żadną wanną, jakby były wodoodporne, może tylko je drażnię tymi ilościami kawy, ale nie mam już naprawdę czego użyć, nic już nie działa, a jeżeli to tylko na chwilę, bo przecież każde marzenie można spoliczkować, ul ulepi ulica ze wszystkimi swoimi zagrożeniami. z wyciem hybryd na czele.

pobocza

Znów widzę te czarne postacie na poboczu. Rozlane plamy na granicy wzroku. Rozmyte, brudne. Szarpią. Targają. Co mam zrobić? Co pozostaje? Tak bardzo kusi skok na platformę kolejową towarowego pociągu, z całym transportem zniknąć w noc. Gdzieś daleko stąd można by po prostu odłączyć wagon. Zardzewieć do reszty na jakiejś bocznicy. Jak długo można jeszcze ciągnąć ten ładunek, skoro wyszło się z mody? Nastały czasy bezzałogowych składów, bardzo ekologicznych. Bezproblemowo z punktu A do punktu B. Bez opóźnień.

Tu będzie dobrze, tu nie dotrze światło semaforów. Poczekam, niech mnie znajdą, rozszarpią, roztargają.