Tak rzadkie połączenie gdy każdy opuszek ma swój własny mózg. To konieczne, bo mój umysł stał się dmuchawcem. A że ostatnio bardzo wieje… Myślę w różnych kierunkach, myśli tracę z oczu. Odbieram inną transmisję, dociskam strunę i staję się anteną. Stykam się mimo odległości. Palcom wgrana choreografia.
Kategoria: Bez kategorii
2
Druga kawa. Druga szansa. Drugiej takiej nie będzie.
Długa droga. Długo dłutem kształtowana. Dłonie już długo wiedziały swoje.
Drzew mniej. Drzewiej bywało inaczej. Tuli drewno do siebie mężczyzna z pieńkiem.
22:15 – Kuchnia 2 (dramat obyczajowy)
Piję już drugą kawę w tej coraz bardziej nie mojej kuchni i myślę o tej drugiej. Kuchni. Jaka ona będzie? Czy bedę się w niej czuł obco, nie na miejscu, a jeżeli tak, to czy zrobię coś, żeby była choć odrobinę bardziej moja? Może jakoś ją przyozdobię. Poukładam w róznych miejscach sowy, które zbieram od… nie pamiętam już od kiedy. Zabiorę ze sobą ulubiony kubek, ten z gitarami. Mam nadzieję, że polubię widok z okna. Wypełnię ją muzyką, gdzieś się przecież musi udać. Nie będzie milknąć, będzie się sączyć z każdego kąta. Może wprowadzę ciszę nocną, a może nie.
dziura
Zapadnia. Zapadnia i nocy. ZapaD.N.A. się w sobie. Dziura w scenie.
rozciągnięcie
zaczepione w kilku punktach jawy i snów zarówno tych dobrych jak i złych sznury liny włókna koszuli tną niebo cętkują ciało snują własne opowieści i szarpią mnie szargają moje imię napisane kredą na murze nie do odczytania zasłonięte przez suszące się pranie przykryte przykre tak naprawdę nie do odczytania zmyte przez deszcz utopione w gąszczu ogłoszeń o zgubionych kluczach i zwierzętach
wstęgi
stopniowo
maluj mnie na nowo
odwijam zlepiony umysł
watą cukrową
jej wstęgi nikną
z wiatrem
na drzewach meduzy
osiadły
magnolia
Przemaglowała mnie niemelancholia. Przemalowała nienostalgia. I nie w malignie zapuszczam się w głąb malinowych krzewów, nie zważam na kolce by koniec z końcem związać soku wirem. Lecz musisz wiedzieć, że ułamanie gałązki nic nie przyniesie. Ewnetualnie to ty przyniesiesz ją do domu, wsadzisz do flakonika z wodą i z nadzieją będziesz oczekiwać kwiatów, podczas gdy jedyne co wyrośnie, to co najwyżej liście. I dobrze, liście są bardzo ważne, kto wie czy nie najważniejsze. Do tej pory raczej nie zwracałaś na nie uwagi, całą ją skupiłaś na kwiatach. Możemy sobie darować to symboliczne podcięcie gałęzi, ono mnie tylko uskrzydla.
daleko domniemany
Widziałem cię wczoraj jak wyszedłeś na swój balkon. Na chwilę wróciłeś się po coś do mieszkania, może było ci zimno i chciałeś coś jeszcze na siebie narzucić, może zapomniałeś zapalniczki. To trochę dziwne, tak wychodzić zapalić na balkon, jakby w swoim własnym mieszkaniu nie można było, ale widziałem w sumie dziwniejsze rzeczy. Być może niektórzy palą właśnie po to, żeby móc wyjść na balkon. W sumie dlaczego nie. Niektórzy mają balkon, a z niego nie korzystają, nie umieją się nim cieszyć. Daleko nie trzeba zresztą szukać. W każdym razie ja ciebie widziałem, a ty mnie nie, nawet nie spojrzałeś w moim kierunku. Może to i dobrze, bo gdybyś mnie zauważył… to co właściwie? Odruchowo chyba musiałbym udawać, że z kolei ja ciebie nie widzę. Albo że ja to nie ja, mam w tym pewną wprawę. Przeszedłem niezauważony, generalnie też nic nowego. To w jakiś gorzki sposób zabawne, biorąc pod uwagę co nam się wydawało, kiedy byliśmy młodzi.
pory
Nie wiem jaka jest pora dnia. Czy jest jasno czy już ciemno. A roku? Nie jesień z pewnością, brakuje jej uroku. Nie wiem dokąd skierować dziś swoje kroki. Którędy bardziej. Czy będzie mokro? Czy to deszczowa pora? Mam już dość, ale to jeszcze nie pora na wyjście z pracy. Czekam aż nadejdzie, przeważnie czekam od rana na porę na sen.
wim
Połknął mnie jakiś owad, robak, inne paskudztwo. Wij być może, a ty wij swój sznur, ja będę wił swoje gniazdo. Inni mogą wić wieńce, a ty z kolei wianek utkaj z tych wstęg swoich, tak bardzo się przyda, tak bardzo będzie ci do twarzy. Powróćmy do wija, bo stało się to nieco zawiłe, wciągnął mnie wir tej historii, a przecież odbyłem podróż w jego brzuchu, podróż ruchem wirowym, a wzrok mój błądził od niebieskiego sklepienia ściany żołądka usianej gwiazdami, do spojrzeń jakimi obdarzali mnie współtowarzysze trawiącej trasy. Odczytałem niemy zarzut, że niby wszystko wymknęło mi się z rąk, nic bardziej mylnego, absolutnie WSZYSTKO mam pod kontrolą.