Nie znaliśmy się w zasadzie kompletnie. Raptem dwa wymienione maile tuż-tuż na progu ich wielkiej kariery. Zaledwie dwa zamienione słowa na scenie całe lata świetlne (zwłaszcza dla niego) później. Nie spuścił mnie po brzytwie, uśmiechnięty, nie wywyższający się. W zasadzie nie byłem też jakimś wielkim fanem. Tym bardziej nie wiem, dlaczego wiadomość o jego śmierci tak bardzo mną trzepnęła. Może dlatego, że to brat od gitary, jakaś podskórna naodległościowa więź, nie wiem… Od wczoraj śledzę ściek-net w poszukiwaniu jakichś wyjaśnień, co się tak na prawdę stało. Ludzie pytają dlaczego, zastanawiają się gdzie tu sprawiedliwość. Twierdzą, że Bowie miał prawo odejść, bo miał siedem dych na karku, a on nie, bo miał przecież dopiero cztery. A ja sobie myślę, że nie ma co szukać odpowiedzi, bo ich zwyczajnie nie ma. Tej nocy moja mama wylądowała w szpitalu, jeszcze nie wiem co się stało. Dlaczego? Tej nocy z pewnością umarło jakieś ciężko chore dziecko. Dlaczego? Tej nocy gdzieś zginęli ludzie bijąc się o dwie jedyne i słuszne sprawy. Dlaczego? Dlaczego?! Bo tak, po prostu. Nie ma odpowiedzi i nie ma w tym temacie sprawiedliwości. Jeżeli gdzieś we wszechświecie panuje jakaś jedność i równość między ludźmi, to chyba tylko i wyłącznie pod kątem tego, na kogo wypadnie na tego bęc.