Nie znaliśmy się w zasadzie kompletnie. Raptem dwa wymienione maile tuż-tuż na progu ich wielkiej kariery. Zaledwie dwa zamienione słowa na scenie całe lata świetlne (zwłaszcza dla niego) później. Nie spuścił mnie po brzytwie, uśmiechnięty, nie wywyższający się. W zasadzie nie byłem też jakimś wielkim fanem. Tym bardziej nie wiem, dlaczego wiadomość o jego śmierci tak bardzo mną trzepnęła. Może dlatego, że to brat od gitary, jakaś podskórna naodległościowa więź, nie wiem… Od wczoraj śledzę ściek-net w poszukiwaniu jakichś wyjaśnień, co się tak na prawdę stało. Ludzie pytają dlaczego, zastanawiają się gdzie tu sprawiedliwość. Twierdzą, że Bowie miał prawo odejść, bo miał siedem dych na karku, a on nie, bo miał przecież dopiero cztery. A ja sobie myślę, że nie ma co szukać odpowiedzi, bo ich zwyczajnie nie ma. Tej nocy moja mama wylądowała w szpitalu, jeszcze nie wiem co się stało. Dlaczego? Tej nocy z pewnością umarło jakieś ciężko chore dziecko. Dlaczego? Tej nocy gdzieś zginęli ludzie bijąc się o dwie jedyne i słuszne sprawy. Dlaczego? Dlaczego?! Bo tak, po prostu. Nie ma odpowiedzi i nie ma w tym temacie sprawiedliwości. Jeżeli gdzieś we wszechświecie panuje jakaś jedność i równość między ludźmi, to chyba tylko i wyłącznie pod kątem tego, na kogo wypadnie na tego bęc.
Miesiąc: Luty 2016
muyn
nie ozorem bo zdrętwiał mielę
więc ziarno bo nasienie niechętne
o’kluski
w lustrze krzywym płakać umiem
…
ależ wy wszyscy jesteście ładni macie ładne ubrania ładne dzieci robicie ładne zdjęcia a wasze mieszkania pełne są ładnych rzeczy
…
mam nowe kosztowne hobby kolekcjonuję bardzo drogie kolorowe prostopadłościany
Przez sen
Wyraźnie czułem, jak młotek grzązł w mózgu.
Wtem spowiedź
Spowiedź zawsze mnie przerażała. W ciągu swojego prawie czterdziestoletniego życia przystąpiłem do niej raptem kilka razy. I chyba nigdy nie odprawiłem tak jak należy wyznaczonej mi pokuty. Raz, że nie znałem i do tej pory nie znam więcej niż połowy modlitw, dwa, że nawet nie wiedziałem gdzie niektórych z nich szukać w modlitewniku. Nie wyspowiadałem się przed ślubem mojego brata – jego małżeństwo się rozpadło. Przed swoim zrobiłem to tylko jeden raz z obowiązkowych dwóch – też różnie bywało. Przed chrzcinami syna w ogóle nie poszedłem do spowiedzi, no i jest, tak jak jest… Za to byłem dzisiaj. Nie to, że rekolekcje czy coś. Zwyczajnie, mam być ojcem chrzestnym. Stwierdziłem po prostu, że chociaż raz zrobię to tak jak trzeba, czymkolwiek by „to” nie było. Spowiedź zawsze mnie przerażała. Ale już się nie boję. Jutro też tam pójdę.
Psabrak, teatrtu
W tym pokoju nie siedzi już czarny pies. Musi biec przez noc gdzieś daleko stąd, bo nie słyszę jego ujadania. Wsłuchuję się w coś innego, wypatruję nieba. Jakiegoś. I robię to z zazdrością i radością zarazem. To mój teatr, gra specjalnie dla mnie, jest.
szatkuję
przed snem śpię śni mi się 8-bitowy Asteroids budzę się i idę spać zasypiając myślę o tej z którą wymieniałem godzinami spojrzenia w rozgrzanym namiocie rozpiętym pomiędzy szczytami Tatr następnego dnia facebook uświadamia mnie o jej zaręczynach ona nawet nie wie jak mam na imię
err kit
Ranki nareszcie granatowe, a nie czarne. Jakoś tak lżej wychodzić w domu, nie ma się wrażenia, że jest środek nocy. Niebo atramentowo-wodne. Zza krawędzi tramwajowego okna wypływa zły szpital. Tak, budynki jak okręty, teraz tak się buduje. Jakby zaraz miały gdzieś odpłynąć. Za to stare molochy z wielkiej płyty wyglądają jak zakorzenione na stałe. Jakby jedyne, co miało je ruszyć, to sygnał do startu. Wtedy wreszcie wyszło by na jaw, że tak na prawdę są one tylko wierzchołkami olbrzymich statków kosmicznych, wieki temu pogrzebanych tu przez obcą rasę w sobie tylko wiadomym celu.
Przestań dzielić
W moim życiu od pewnego momentu zaobserwowałem występowanie zjawiska zagęszczenia niedziel. Nie zawsze wypadają one na końcu tygodnia. Po prostu coraz częściej ogarnia mnie bez ostrzeżenia stan porównywalny z uczuciem znanym chyba każdemu dziecku: jest niedziela, właśnie skończyła się dobranocka i już nic nie chroni nas przed nieuniknionym jutrem. Coś się skończyło i nie ma od tego odwrotu. Niezależnie od pory dnia, od miejsca i sytuacji, po prostu nagle przeszywa mnie jakiś niesprecyzowany smutek. Koniec. Galop myśli z gatunku „już nigdy nie będzie…”. Wspomnienie powrotu z wakacji: stary dizajn dworca, przejściem podziemnym na przystanek dychy, papieros. Odrobinę wcześniej przyjazd na wakacje: zajezdnia autobusów w szczerym polu, osiem i pół kilometra na piechotę, w plecaku raptem bluza, parę sztuk bielizny i skarpetek, za to karton fajek, lekkie serce, chyże stopy. Odrobinę później smutne powroty z pierwszych poważniejszych imprez: ten delikatny niepokój na niemiażdżącym jeszcze kacu, już wtedy podświadomie odczuwało się, że to wszystko nie będzie trwało wiecznie, że to zaraz pryśnie, że przecież nie może tak być zawsze. Znacznie wcześniej powrót zimowym popołudniem z katechezy, kaseta „No Prayer For The Dying” w kieszeni, rozczarowanie po przesłuchaniu, że czuć jakąś zdradą, że jest inaczej, że to nie to, że czemu ludzie ot tak odchodzą z naszych ulubionych zespołów, poza tym w telewizji leci Star Trek, czemu nie Gwiezdne Wojny?. Znacznie później koniec pierwszych przygód z blogowaniem, jeszcze przed skurwieniem się pierwszego serwisu blogowego w kraju, Yodel, Reev, Warrior, Crazy Mary, no i przede wszystkim Krowi, gdzie teraz jesteście? I tak dalej, i tak dalej… Niedziela, 17:38, trzeba zrobić zupę na jutro.
O! Mija.
Miesięcznica. Dzisiaj. Mija. Miesiąc trwania w czystości, tkwienia w postanowieniu, buksowania kół zaprzęgu ciągniętego przez wstrzymywane konie. Składam kwiaty na ołtarzu tych wszystkich sytuacji które mnie w życiu omijają. Bukiet wyprasowanej pościeli, wiązankę startych kurzy, naręcze wymytej łazienki.