Odpisuję jej, że nie wiem jak mam dziękować i że brak mi słów, ale to drugie nie jest prawdą. Słowa wypełniają mnie w sekundę po wczytaniu się pierwszego z trzech zdjęć które mi przesłała. Litery, wyrazy, zdania – jestem przepełniony, pod względem ich ilości przypominam pieprzoną książkę telefoniczną. A każde słowo zamienia się w obraz, a każdy z obrazów roztacza swój własny zapach, a w ślad za zapachem idzie smak, a gdzieś być może przed nimi pojawia się też dotyk. I nie słyszę już tego, co mówi do mnie syn. Coś tam odpowiadam, chyba z sensem, choć język mi się plącze, myli pojęcia, zerwano połączenie na linii mózg-usta, usterka zostanie wyeliminowana w przeciągu dwudziestu czterech godzin. Od wczoraj wpatruję się w te trzy fotki naszego miejsca nad rzeką. Próbuję sobie wyobrazić to, co dzieje się poza kadrem: ją trzymającą telefon, zmieniającą pozycję aby wykonać najlepsze ujęcie, przeglądającą album i wybierającą te najbardziej jej zdaniem udane zdjęcia… Żałuję, że na żadnym z nich nie ma choćby jej odbicia w wodzie, ale z drugiej strony może lepiej abym nie wiedział, jak teraz wygląda. Przecież jest taka jak wtedy, po prostu. Za to samo miejsce nieznacznie się zmieniło, jest trochę zapuszczone, tak jakby w okolicy od dawna nie było już żadnych zakochanych którzy by mogli się o nie zatroszczyć. Nie jestem pewien, ale za tymi nieco smutnymi zaroślami widać chyba drogę do jej domu. Siedziałem i czekałem na nią, spoglądając w tamtą stronę co jakiś czas przez prawe ramię. Wtedy chyba nie zdawałem sobie sprawy z tego, że te chwile w których udawało mi się ją wypatrzyć, będą jednymi z najpiękniejszych w moim życiu. Właśnie tam się zacząłem, choć inne rzeczy się pokończyły.
