Nie potrafię odkleić się od tego krzesła. Zapomniałem kolejności wykonywania poszczególnych czynności. Częściową winę za ten stan ponosi USPO ze swoim przebogatym wachlarzem ptasich twarzy, ale tak po prawdzie to wisiało w powietrzu od samego momentu przebudzenia. Kiedy kładę się spać z lekkim bólem głowy który towarzyszy mi potem nad ranem, po prostu wiem, że to się tak skończy. I teraz nie wiem, co najpierw? Jak to ogarnąć? … Jakoś się to potoczy. Samo, ale ze mną.
Miesiąc: Marzec 2016
Blade Bibliotekarz
Kolana trzeszczą, żyły nabrzmiewają. Starość im nie służy, to one służą jej. Dzisiaj poczułem się zaszczuty sztucznymi uśmiechami z billboardów. Gdzie się nie ruszysz ostrzał wyszczerzonych zębów i pustych oczu. Wyłączyłem radio (szum), telewizję (bełkot), niewiele brodzę po internecie (szambo), oddajcie mi chociaż spokojne spacery. Obolałe nogi zaniosły mnie do innej dzielnicy, gdzie w bibliotece odebrałem zamówioną wcześniej książkę. Katalog on-line, karta biblioteczna zeskanowana – pik pik, wiadomość e-mailem… Normalnie odstawiony cały Blade Runner po to, aby wypożyczyć zwykłą książkę. Myślę na Kindlem, ale myślę, że jednak nie.
Odległe kolana
Dwa duże osiedla i nigdzie nie ma kwiaciarni. Na moim też nie, dalej nie ma po co iść. Te trzy które są w najbliższej okolicy przypominają raczej sklepy z kompostem. Tak więc maszeruję wśród szarych bloków po szarym asfalcie, szarości tej nie rozświetli dziś bukiet w mojej ręce. Po drugiej stronie dwukierunkowej wielopasmówki jakaś kobieta wyciąga telefon i robi mi zdjęcie. Być może to odwet za moje myśli skupione wokół jej odsłoniętych kolan.
Nabrać wyberzcie
Smętny facet z różą przespacerował się po starych śmieciach. Wcześniej dziwił się temu, jak bardzo łatwo jest się na coś w życiu nabrać. Na seks, na politykę, na zdrowie… W cokolwiek byś się nie zaangażował myślowo, w końcu i tak czeka cię poranny pusty tramwaj.
3dni
Szóstego obchody rocznicy sześćdziesięciu dni normalności gwałtownie przerwane przez wtargnięcie smutnego karła. Mógłbym napisać, że obchody zamieniły się w odchody, ale dzięki temu na powrót stałbym się zdartą płytą, a tego wolałbym uniknąć, przecież pracujemy nad sobą, czyż nie?
Siódmego krokom do biblioteki towarzyszy niewytłumaczalna słabość. Nie jest dobrze, ktoś powinien mnie oglądnąć. No i nie ma niestety drugiego tomu opowieści o ostatnim rewolwerowcu.
Ósmego się dopiero napisze. Będzie to zapewne coś o powtarzalności i o poszukiwaniu kwiatu na jałowych, wydeptanych codziennością ziemiach.
Ręce zajęte
Trzeba zająć czymś ręce, a zwolnić głowę. Wtedy łatwiej, choć używam przecież dokładnie tych samych narzędzi, których on używał. Noszę nawet ten sam ocieplany bezrękawnik. Dodatkowo odziedziczyłem po nim niewygodną rolę tego, który zbiera baty. Który musi przypominać, próbować coś ustalać, niekiedy protestować… Czyli jednak nie potrafię przestać o tym myśleć. Czy zamieniam się w niego? Czy stałem się nim? Jeszcze nie popijam ukradkiem, więc chyba nie. Trzeba zająć czymś ręce. Czytam więc po raz kolejny te same książki. Jestem literackim Mamoniem i nie wstydzę się tego. Któryś już raz w tym tygodniu zmieniam playlistę w odtwarzaczu. Nadal próbuję tworzyć niemodną muzykę tylko dla siebie. Bo trzeba zająć czymś ręce.
Mokre przedsny
Zasypiając przypomniałem sobie o moich ulubionych przedsennych marzeniach z wczesnego dzieciństwa. Jeżeli akurat nie bałem się czegoś co na pewno żyło pod moim łóżkiem (miałem rozkładany fotel, którego części po prostu leżały na ziemi, więc nie wiem co by się pod nim miało zmieścić, chyba jedynie płaszczka, albo kartka papieru), albo czegoś co mogło się pojawić za oknem (mieszkałem na czwartym piętrze), albo nie goniły mnie wspomnienia ukradkiem podpatrzonego filmu dla dorosłych oraz strasznych opowieści brata, to moje myśli krążyły wokół wody. Chyba każdego dziecko marzyło kiedyś o tym, aby móc pływać we własnym mieszkaniu, ja też nie byłem wyjątkiem. Pokoje zalane prawie po sufit, słońce wlewające się przez okna i sprawiające, że woda była bardzo przejrzysta, unoszące się w niej zabawki… Druga wersja wodnych marzeń dotyczyła łóżka jako bezpiecznej przystani otoczonej zewsząd morzem. Huczące i spienione fale dookoła, raz po raz walące wściekle o moje posłanie, ale nie mogące wyrządzić mi najmniejszej krzywdy, niezdolne mnie nawet zamoczyć. W samym środku sztormu ja, pod kołdrą, suchy i rozgrzany. Uderzyła mnie wczoraj symboliczna wymowa tej drugiej fantazji. Nie mogłem wtedy wiedzieć, że rozgniewane morze to dorosłość, bo niby skąd? Od tamtego czasu upłynęło jakieś trzydzieści lat, a ja zanurzając się nocą w pościeli czuję się właśnie tak, jakbym wchodził do tego atakowanego zewsząd przez morskie bałwany cudownego łóżka. Po prostu wiem, że zaraz zasnę i przez kilka godzin życie nie będzie mnie dotyczyć w żaden sposób.
Dox. Dym wieje.
Twardą ręką w kruche ciało wklepywać odklejenie. Inhalować chemią unikaną oszczędnie. Uświadomić boleśnie oszczędzając szczegółów. Osłuchiwać nie chcąc usłyszeć. I bądź tu mądry. I bądź tu dobry. Bądź cierpliwy, choć czas nagli.