Widzieliśmy dwie tęcze na niebie, parę dni temu. Niecałe, nie mieściły się w krajobrazie. Jedna wyraźniejsza, mieniąca się wszystkimi barwami, nawet fioletową (zupełnie nie wiem czemu ubzdurało mi się, że fiolet u tęcz to rzadkość). I mógłby to być krzepiący widok, dający nadzieję na przyszłość, ale z jakichś przyczyn nie był. Już wtedy coś czułem (wiedziałem), a oglądane później zdjęcia tylko mnie upewniły w przekonaniu, że dobrze nie będzie. Ze mną. Połknąłem te tęcze, lecz zanim mój żołądek je zwrócił, zdążyły się połączyć w całość. Rzygam teraz tęczowymi obręczami, aż do skwaśnienia oczu.