Uczę się na nowo słuchania muzyki z płyt cd. To jest jednak JEDNAK. Nieporównywalnie silniejsze doznania od bezimiennego Ipoda wpiętego w wejście liniowe wieży stereo. Nie mówiąc już o słuchaniu z youtube’a (brrr…), czy z innych wynalazków typu spotify, o których nawet nie wiem czym do końca są. Oczywiście święty nie jestem, zanim kupię jakąś nowość muszę ją wcześniej jakoś sprawdzić, ale jest to podyktowane po prostu finansami, gdyby było inaczej, kupowałbym w ciemno, jak za starych dobrych kasetowych czasów. Tego dreszczyku podczas premierowego odsłuchu niczym nie da się zastąpić. Na szczęście znalezienie czegoś dla siebie wśród tak zwanych nowości przychodzi mi z coraz większym trudem, za to ceny większości interesujących mnie tytułów w niektórych sklepach spadły nawet do 19 złotych, tak więc nie jest to jakoś szczególnie bolesne dla kieszeni. No i są jeszcze przecież płyty używane… Tak więc znowu kupuję, odbudowuję powoli swoją płytotekę, którą w ostatnich latach trochę uszczupliłem. Żałuję pozbycia się kilku krążków, to były prawdziwe białe kruki których obecna wartość po prostu mnie przerasta, ale trudno. Było – minęło, zapragnąłem na chwilę zostać emerytowaną gwiazdą rocka i pieniądze z ich sprzedaży pozwoliły mi spełnić tę zachciankę. Dzisiaj wraz z synem będę układał płyty w porządku alfabetycznym, zostawiając dwa puste miejsca na te, które mają przyjść do mnie pocztą. I wcale nie przeszkadza mi fakt, że Peter Gabriel wyląduje obok Gorefest.