Wiem, że napiszesz. Mógłbym poczekać do północy, prawdopodobnie po to tylko, żeby przekonać się, że to jeszcze nie teraz. Ale w końcu napiszesz, trochę później w ciągu dnia. Niemniej coś karze mi tu siedzieć i sączyć czerwone światło, w nadziei, że ujrzę to zielone. Głupie to. Nieszkodliwe, naiwne i może w jakiś sposób urocze, ale głupie. Trochę jak ja.
Miesiąc: Maj 2016
Ściana własna
Mam park tak jak chciałem i do rana pozostawanie. Mam mnóstwo innych rzeczy, tylko tak jakoś mało tego wszystkiego niekiedy. I prądu brak, niektórych z nich nie ma jak włączyć.
Siedemstet dwadzieścia osiem tysięcy tygodni na liście
Piję ją na czczo, bo mam na nią ochotę od wczoraj. Nie wspomnę co takiego piję, bo zbliżyłoby mnie to niebezpiecznie do Jonathana Carrolla. I nie chodzi o to, żebym miał coś do niego, był okres w którym zaczytywałem się w nim i nie wstydzę się tego. Każdy przecież może kiedyś dać się nabrać. Wszystkiego jego książki jakie miałem w domu oddałem lokalnej bibliotece, zostawiłem sobie tylko „Oko dnia”. Raz, że to prezent, dwa, że lubię czasem przypomnieć sobie, że są tacy, którzy piszą gorzej ode mnie i jeszcze w dodatku biorą za to pieniądze. Proszę mnie źle nie zrozumieć, nic do niego i do całej rzeszy jego czytelników (głównie czytelniczek) nie mam, tak jakoś wyszło, że przyplątał mi się do palców przed siódmą rano w niedzielę. Sam jestem teraz w okresie takiego intelektualnego niżu, że pewnie nawet Paulo Coelho by mi się podobał. Potwierdzają to dźwięki solowego Marka Knopflera, które towarzyszą mi podczas pisania tych słów. Ja na prawdę nie jestem złośliwy, nie mam nic złego na myśli. Czasem trzeba posłuchać Listy Przebojów Programu Trzeciego i ja to doskonale rozumiem. Tym przyjemniejsze po czymś takim bywają momenty otrząśnięcia się z umysłowego odrętwienia. A wszystko to wyszło od kawy, o której miałem przecież nie wspominać. No cóż… Niedziela, szósta rano. Po co spać, skoro można biegać – jak mawiają używający proszku. Ja biegać nie lubię, proszek lubię zalewać wrzątkiem (no nie, znowu…), a skoro jestem już od prawie godziny na nogach, to pójdę się teraz położyć.
Ten alarm jest ustawiony na za 3 godziny od tej chwili
Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje. Rzekomo. Tylko zdaje się, że nikt nigdy nie doprecyzował, co tak na prawdę można otrzymać zrywając się wczesnym rankiem. Być może chodzi po prostu o coś tak prozaicznego jak wzwód lub skurcz łydki, więc nie warto było o tym wspominać. A co z tymi, którzy z różnych powodów muszą budzić się w środku nocy? Kto im wtedy daje i co? Szatan? Ten by raczej coś odebrał, co by się chyba zgadzało. Lata pracy „w rozrywce” skutecznie rozregulowały mój sen. Wstawanie o chorych i nieistniejących godzinach po to, aby być na nogach przez ponad dobę, odsypiać na raty, na siedząco, za dnia – wszystko to odebrało mi trochę umysłu. Gegege begege gugu. Z tym jeszcze jestem w stanie się pogodzić, gorsze jest to, że sezonowe oddychanie rękawami zaczyna odbierać mi muzykę. Nie tyle nie umiem już słuchać, co zwyczajnie nie mam na to za bardzo ochoty. Instrument zamknięty w futerale milczy już któryś tydzień. A to dopiero tak na dobrą sprawę początek lata. Cóż… Gdyby mnie ktoś teraz zapytał o moje największe marzenia, odpowiedziałbym bez wahania: odespać i obudzić się.
Man-E-Faces
Gdy byłem mały, zbierałem figurki bohaterów amerykańskiego filmu rysunkowego „He-Man i Władcy Wszechświata”. Mój ojciec, jak wielu innych ojców w tamtych czasach, poleciał do Chicago śnić swój własny american dream. Co jakiś czas przysyłał nam paczki, a w nich oprócz innych rzeczy zawsze było parę zabawek dla mnie. Przyjście paczki było sporym wydarzeniem w naszej rodzinie, a także u sąsiadów, bo w klatce schodowej czteropiętrowego bloku raczej nic nie uchodziło niczyjej uwadze. My tacie wysyłaliśmy zdjęcia i listy, od każdego z nas parę słów. Ja dodatkowo zamieszczałem rysunki figurek które bardzo chciałem mieć. Ojciec zachował te listy, nadal gdzieś je ma. Nie wiem czemu, ale nie chcę ich oglądać. Czasami tata dzwonił do domu. Przez pewien okres czasu jako jedyni w klatce mieliśmy telefon i niekiedy sąsiedzi przychodzili z niego skorzystać. Zawsze zostawiali parę drobnych, których mama nigdy nie chciała przyjąć. Kiedyś tata zadzwonił jak nikogo poza mną nie było w domu. Odebrałem, a on gdy usłyszał mój głos, rozpłakał się. Płakaliśmy więc sobie do słuchawki, ja w smutnej Polsce, on w wesołym Chicago. Ale ja nie o tym, ja o figurce. Jedną z postaci uniwersum He-Mana był Man-E-Faces, człowiek o trzech twarzach: ludzkiej, demonicznej i mechanicznej. Każdą z masek przywdziewał zgodnie ze swoim nastrojem. Chyba każdy z nas tak robi, w każdym razie ja na pewno. Jestem już bardzo zmęczony tymi dwiema najczęstszymi. Chciałbym, aby na zawsze już pozostała tylko ta ludzka.
Na czy nie?
Nie, nie mam dzisiaj urodzin. Dzisiaj mam dzień kosiarek do trawy. Nie ma ich w moim domu, a wszędzie ich pełno, unoszą się pod nierównym sufitem i tańczą dla mnie. Nie ma dziś dnia wypalania traw, ten dzień występuje raz do roku. Podobnie zresztą jak urodziny. Raz w roku spalasz się i powstajesz, bo nie ma innego wyjścia. Nie ma ucieczki od narodzin, nie da się zaszyć w łonie. Istnieją za to inne drogi ewakuacyjne, wszystkie wydeptane, skuteczne chwilowo, działające na podobieństwo dentystycznego znieczulenia. Uwielbiam ten moment odrętwienia, kiedy część twarzy gdzieś spływa, a mózg formuje się w znak zapytania. Jakieś dalekie echa LSD, bardzo dalekie i wielokrotnie odbite. Wszystko to prowadzi do tego, że człowiek jedną ręką wlewa w siebie zimną wodę, jednocześnie drugą ręka wlewając wrzątek do jakiegoś naczynia. A jedno i drugie przed chwilą było puste.
Że niby nuda
Nie stąd, ni zowąd mam ochotę posłuchać Radiohead, choć fanem jakimś szczególnym nie jestem. To tak, jak z moją sobotnią ochotą na drinka. Po prostu cholernie chciałem się napić, wręcz musiałem, a za alkoholika raczej ciężko mnie uznać. Ale udało się. W niedzielę wstałem więc gumowy i rozciągałem się przez cały dzień, aż do bólu pod świeżą plombą. A gdy dzień się skończył, posłuchałem. I… tak coś czuję, że jeszcze sobie trochę posłucham. Na przekór różnym mądralom internetowym. W ogóle, tak sobie myślę, że ludzie teraz częściej zamiast po prostu słuchać, wolą czytać różne mniej lub bardziej trafne opinie i dodawać swoje. Po kiego grzyba wetkniętego w ucho to całe dzielenie włosa na czworo, to dopisywanie ideologii, porównywanie ze wszystkim co było-jest… … … … Wielokropki. Nie lubię ich.
Plotopław
– Tato, czy umiesz klaskać stopami na siedząco?
Dobrze jest wyłowić z wodospadu słów coś takiego. Gdyby nie to, utonąłbym w przeszłości.
Ręka na sercu jest, czy jej nie ma?
Przepięknie wypunktowany z programu. Punkt po punkcie. Czy się wywiązałem? Dlaczego? Nie ma ręki na sercu, nie wiadomo, czy bije.
…
A tam zupełnie inaczej. Żółte światła, ale zdrowe. Syn szczęśliwy, zainteresowany. Dobre dźwięki. Niedźwiedzie uściski z ludźmi z przeszłości. Nadal jestem wzruszony. Tam była ręka na sercu, biło.
Nr 0 lev. O1
Wydłużył się dzień. Skróciły się palce. To już prawie połowa roku. Lepiej mi było zimą. Było ciemno, gdy po pracy wsiadałem do busa. Teraz jest jakoś tak bez sensu. Jak to, już skończyłem na dzisiaj? Już jadę do domu żeby zakończyć dzień, a słońce jeszcze na niebie? Ludzie nie wracają, tylko gdzieś wychodzą? Znowu nie płynę z prądem. Tak więc dryfuję w nawet sobie nieznanym kierunku i zastanawiam się, czy ona odczuwam czasem moją obecność. Poświęcam jej tyle myśli, tyle uwagi, że po prostu wydaje mi się niemożliwym, żebym się tam do niej jakoś nie przenosił. Choćby pod postacią pary, mgły, dymu, układu kropel na szybie. Czegokolwiek.