Doskonale pamiętam jak się czułem przed egzaminami do liceum. Zdrętwiały umysł nie rejestrował upału. Mieszkałem wtedy jeszcze na czwartym piętrze i nocą, nie mogąc usnąć, wsłuchiwałem się w odgłosy parkujących pod blokiem samochodów. Słyszałem fragmenty rozmów i zazdrościłem właścicielom głosów tego, że chodzą już do pracy i nie przejmują się żadnymi egzaminami, bo dla nich wakacje trwają przez cały czas. Chyba tylko wizja zasadniczej służby wojskowej przerażała mnie bardziej od wylądowania w zawodówce. W sobotnie ranki miałem korepetycje z matematyki, potem wychodziłem jarać papierosy. Nosiłem wtedy psychodeliczne (przynajmniej w moim mniemaniu, bo prawdopodobnie były po prostu obciachowe) koszule, zafascynowany Paulem Masvidalem. Z perspektywy czasu właściwie żałuję tego, że nie poszedłem jednak do szkoły zawodowej, bo… Szkoda gadać. To samo dotyczy się wojska. Tyle tylko, że umarłbym tam, zabiliby mnie, nieważne. Dzisiaj czuję się podobnie. Sytuacja zawodowa rzuca mnie na dość głęboką wodę, przede mną ważne sprawdziany. A korepetycji nie było żadnych, raczej ciągłe zastępstwa i zielone szkoły.