Zapach samochodu sprowadza na ziemię. A normalność jest tylko odchyleniem od normy. Kiedyś spętanie drutem kamienie wyznaczały nam miejsca na ogniska, teraz w ten sposób przyozdabia się wejścia do klatek schodowych. Nastał czas damskich wokali. Aha, prawie uśmiechnąłem się do kogoś na ulicy. Prawie, bo zostało to wymuszone przez sytuację. Klasyka gatunku: ja w lewo – pani w lewo, no to ja w prawo – pani również w prawo. Rano uciekłem od pracy idąc na piechotę i celowo spóźniając się. Ostatnio działa mi na nerwy współpracownik, zresztą nie tylko on, próbuję unikać wszystkiego i wszystkich. Po południu uciekłem od domu zostając po godzinach. Sam. Z setką wiśniówki. Ależ się działo.
Miesiąc: Maj 2016
impr
376 lat
zajęte pomyłka brak zasięgu
słuchaj, słuchaj, słuchaj…
patrz. patrz!
zgięcia, zgięcia, zgięcia…
Tiptokami
Wysmarkałem się we wczorajszy dzień, po czym zmiąłem go i niedbale wyrzuciłem do kosza. Nie spojrzałem nawet czy trafiłem. Czasem po prostu nie ma innego wyjścia, czasem tak trzeba. I choć tak nie wolno, to powoli.
Kątem oka ruch
Ten skurwiel twierdzi, że nie wygląda to za dobrze. A kto jak kto, ale on się na tym zna. Skurwiel z lustra, ukryty jak zawsze poza polem widzenia. Zapewne dobrze się bawi. Śmiech go dławi, gdy patrzy na moje pławienie. Się. Dławi, pławię, któryś jest prawie.
„Snuję słałem” Sepleniący Szaman
Wcale nie jest tak, że istnieje tylko jedno życie. A rozmowa nie polega jedynie na wymianie słów. Poza tym wszystkie słupy połączone przewodami powinny być drewniane. A telefony komórkowe powinny mieć antenki i klawisze.
Dom pusty
Bardzo łatwo przyuważyć, że wracasz do pustego domu. To niebezpieczne. Istnieje ryzyko, że w poszukiwaniu pieniędzy popękają dzbany, a ich denka odcisną kręgi w zbożu. Nie pomogą powbijane wokół smyczki z rozpuszczonym włosiem. Nie pomoże wyćwiczone spojrzenie rzucane spod przymrużonych oczu. Nastał upał, więc nadchodzi chłód. Choć mimo wszystko próbuję jeszcze z tym uśmiechem… Zawsze parę sekund po fakcie, zawsze odgrodzony szybą.
Do szesnastki
Doskonale pamiętam jak się czułem przed egzaminami do liceum. Zdrętwiały umysł nie rejestrował upału. Mieszkałem wtedy jeszcze na czwartym piętrze i nocą, nie mogąc usnąć, wsłuchiwałem się w odgłosy parkujących pod blokiem samochodów. Słyszałem fragmenty rozmów i zazdrościłem właścicielom głosów tego, że chodzą już do pracy i nie przejmują się żadnymi egzaminami, bo dla nich wakacje trwają przez cały czas. Chyba tylko wizja zasadniczej służby wojskowej przerażała mnie bardziej od wylądowania w zawodówce. W sobotnie ranki miałem korepetycje z matematyki, potem wychodziłem jarać papierosy. Nosiłem wtedy psychodeliczne (przynajmniej w moim mniemaniu, bo prawdopodobnie były po prostu obciachowe) koszule, zafascynowany Paulem Masvidalem. Z perspektywy czasu właściwie żałuję tego, że nie poszedłem jednak do szkoły zawodowej, bo… Szkoda gadać. To samo dotyczy się wojska. Tyle tylko, że umarłbym tam, zabiliby mnie, nieważne. Dzisiaj czuję się podobnie. Sytuacja zawodowa rzuca mnie na dość głęboką wodę, przede mną ważne sprawdziany. A korepetycji nie było żadnych, raczej ciągłe zastępstwa i zielone szkoły.
Przesuwam się
Ludzie jeżdżący SUVami mają linijki zamiast ust. Za to moje pasażerskie wargi ostatnio często rozchylone, pochrapujące. Oczy nieruchome, niewidzące wiosennych dziewczyn. W tych silikonowo-mascarowych czasach lepiej nie patrzeć, nie wiadomo kiedy człowiek ociera się o prokuratora. Staram się więc nie ocierać, raczej przesuwam się w kierunku domu. Tam latarnia morska, tam bezpieczna przystań, tam nadmorskie miasteczko poza sezonem. Kojąco umocuję bluszczową kratkę na balkonie, uspokajająco zamówię sobie reedycję kasety death metalowego zespołu z poetą za mikrofonem, jakby mimochodem ugotuję zupę kalafiorową, a przed snem zapomnę się przy kolejnej sprawie Muldera i Scully. Jak już uciekać to na spokojnie, niczym się nie zdradzać, nie wykonywać gwałtownych ruchów.
co dzień co noc
W dzień jakoś topnieje to co w nocy boli.
Tejkonmi
Stoję i słabnę. Podpieram ścianę, zupełnie jakbym nagle znalazł się na szkolnej dyskotece. I tak od grudnia, nie zauważyłem nawet. Trochę zabrało mi dojście do ładu ze swoim układem piśmiennym. A więc stoję i słabnę. Na samą myśl, na związki czynności. Dziś nie znam języka w jakim ludzie się do mnie zwracają. Dziś niedosłyszę i niedowidzę. Chyba też nie dowierzam. Czuję się jak dziecko, którego mierzi poufały ton dorosłego. Tyle, że teraz role się odwróciły, niby, więc jak to? Stoję i słabnę. Nikogo nie poprosiłem do tańca, nawet nie próbowałem. Nie powinienem być zawiedziony, ale trochę jednak jestem. Gdzieś tam w środku czuję przecież, że to mnie ktoś powinien porwać w tany. Zwalam wszystko na ścianę którą podpieram. Musiała mnie wchłonąć, zafortepianić, przybrać moje barwy, przez co niczym nie wyróżniłem się na jej tle, przyćmiła mój blask. Tak więc stoję. I słabnę.