Na pohybel strzygom strzygę uszami w kierunku ratunku. Click-click, tęskniłem się okazuje. Strzykam wodą spomiędzy zębów podpływając do ratunkowego koła. Gospodyń wiejskich w to proszę nie mieszać. A wstrząsnąć.
Miesiąc: Czerwiec 2016
Zdziw
Coś tam, że niby otchłań też się w ciebie będzie wpatrywać. Ale co, jeżeli ja nawet nie zerknąłem w jej kierunku? Dlaczego więc nagle ląduję w tym dziwnym wymiarze, pomiędzy smutnymi uśmiechami i wózkami inwalidzkimi z jednej strony, a pretensjami o to, że pracuję, z drugiej? Przy zdrowych zmysłach trzyma mnie porządne sztachnięcie się rozcieńczalnikiem ekstrakcyjnym. Praca wre pod czaszką.
Ścieżki dziwne
Po prostu musi tak być. Muszę usypywać brązowe ścieżki. Nos robi się wilgotny a głowa ćmi, jestem czyjąś odskocznią. Jestem bumerangiem nieświadomie rzuconym przez kogoś innego. Czasem trafi mnie piorun, niekiedy zmoczy mnie deszcz, innym razem wiatr zniesie mnie do rzeki. Ale to zawsze będę ja, podwójny, pustopełen. Oddalony dalece i chwilowo samotny wśród bliskich osób. Nikt nie potrafi zatrzymać karuzeli w mojej głowie, ja sam chyba tego nie chcę. Wychowałem się w cyrku, teraz przyszło mi pracować w wesołym miasteczku. Jestem właściwym człowiekiem we właściwych miejscach. Dobrze jest móc przyglądać się tym wszystkim żarówkom…
Kark z żyłami
Dziwię się swojemu spokojowi. Jeszcze rok temu taka sytuacja po prostu nie miałaby miejsca, byłby wkurw, strach, ból żołądka i serca, podwyższone ciśnienie, przyspieszony oddech, wilgotne dłonie i kilkudniowa bezsenność. Jak to przy trzęsieniach ziemi w pracy. Dzisiaj jest opanowanie, spokój Kazimierza Deyny, „nie ma problemu” i „damy radę”. Najwyraźniej w końcu zacząłem brać przykład z odpowiednich osób.
A skoro jestem spokojnym człowiekiem, to słucham adekwatnej muzyki. Idealna płyta na dobrej nocy. Taka, przy której łodzie podwodne dryfują pod sufitem, a parowozy wyjeżdżają ze stadionów.
Kram szka s
Wiesz, nie miałem czasu. To znaczy miałem go, ale on nagle przyspieszał. Robiłem sobie przerwę od pracy, siadałem do komputera, wpatrywałem się w pusty panel blogagugogu i nagle okazywało się, że już muszę wstawać. Wydawało mi się, że po powrocie do domu się uda, ale nic bardziej mylnego. Przecież najlepiej wiesza się firanki i obiera tonę warzyw po dwunastu godzinach fizycznej orki. Wiesz, nie o to chodzi, żebym narzekał, po prostu jestem zdziwiony, że tydzień za tygodniem mija, a ja nie uporządkowałem jeszcze tych kilku zdjęć. No dobra, uporządkowałem nie jest dobrym określeniem, muszę je po prostu przenieść w jakieś pewne wirtualne miejsce, tak aby nigdy ich nie stracić. Pięć minut roboty, ale wiem, że zajmę się tym najpewniej w sobotę przed południem. Ciekawe, czy uda mi się do tego czasu przesłuchać płytę Andy’ego Summersa, tą której jestem tak ciekawy. A może tę? W każdym razie sądzę, że wątpię.
Szusty szepty szeleszczenia
Jeżeli po takim rytuale on nie zniknie, to nie zniknie już nigdy. W puste nalane, sok z wiśni wpompowany do żył. Truskawkowy opłatek am. En. D?
Kto tam? Ja. Ja?!
Chwile tego proszku są policzone.
Kaftan
Wiesz co? Smucę się. Jest mi smutno. Z wielu powodów. Ale ostatnio pojawiły się nowe. Jednym z nich jest zapach z pokoju mojego ojca. Jakiś taki medyczno-śmiercionośny. Że to już niedługo może być. Nie że kiedyś, tylko niedługo. Drugim powodem jestem ja. Jestem nieciekawy. Nie zainteresuję już nikogo. Nikogo nie zarażę emocjami które mną sporadycznie targają. Kogo mogę zajawić tym utworem, no kogo? Właśnie opuściłem pokój moich znajomych z pracy. Nie potrafię… Te dziewczyny są dwadzieścia lat młodsze ode mnie. Co ja niby mam tam z nimi robić? O czym rozmawiać? One starają się wyglądać na starsze niż są w istocie, moi koledzy próbują udawać młodszych… To jakieś szaleństwo. To ja już wolę swoje własne odchyły. Uciekam jak najdalej od nich. Od siebie samego też. Ale może właśnie należałoby do siebie wrócić? Wrócić żeby się nie smucić?
Zabójca
Mógłbym przestać w każdej chwili, zatrzymanie tego jest takie proste. Myślał tak niejeden alkoholik, narkoman, seryjny morderca… Ale ja „jestem zabójcą o języku sfałszowanym elokwencją”, ze mną sprawa wygląda nieco inaczej. Ze słuchawki poprzez ucho do mózgu wlewa się słodycz, z serca przez palce do oczu wylewa się gorycz. Bądź tu mądry, bądź tu w ogóle, tutaj bądź tam. Dziś mówiła przez chwilę do mojej gruszki opierając się lekko o mnie. Skłamałbym, gdybym twierdził, że nie czułem nic.
Chmura jest
„Kiedy leżę…” i „I muszę przyznać…” – te słowa niszczą obiekty. A ja przeciwnie, mam ochotę powiedziećnapisaćwysłaćprzesłać pocieszenie w postaci jakiegoś rozchmurz się, ale zwyczajnie nie mogę się na to zdobyć. Nie chcę występować w roli pocieszyciela, na zasadzie „chodź mi się tu wypłacz na mojej muskularnej piersi”, poza tym niech ponosi konsekwencje swoich czynów, nie mam zamiaru jej ich pozbawiać. Tak więc chmura jest, rozchmurzenia nie było. Choć z daleka czuję jej perfumy i to jest chyba najgorsze, gorsze nawet niż widok tych przygaszonych oczu.