żołądkowe słońce płonie gdy nikt nie patrzy nikt nie słucha wszyscy wiedzą wszyscy radzą tacy są radzi czym ta chata bogata kto dalszy ten lepszy a bliżsi trudniejsi idę w noc ze słońcem żołądkowym oświetlającym drogę wśród macek do domu jakiegoś
Miesiąc: Listopad 2016
Czarna Wołga
Nie ma go od prawie miesiąca, a ja chwilami nadal czuję, że jest ze mnie niezadowolony. Zdążyłem za to prawie zapomnieć, że pod moim blokiem wciąż stoi jego samochód.
Białe spodnie
Obcy zaatakowali za pomocą białych spodni. Białych spodni! Któż by pomyślał… Dobrze, że wcześniej pozbyłem się któregoś już w moim życiu pudełeczka tabaki, bo w jego środku najeźdźcy ukryli swoją sondę. Obca rasa przeprowadziła inwazję poprzez działające na podświadomość i świadomość zdjęcia białej odzieży odpasadolnej, krótkiej i długiej. Wysoko rozwinięta technika agresora sprawiła, że wirtualne nogawki wszczepiły się w półkule mózgowe Ziemian, zamieniając ich tym samym w pełni potulne zombie. Tak właśnie nastąpił koniec naszej cywilizacji. Nie było co zbierać.
Up your ass
Tym razem jestem z nimi, mimo że oni są ze mną praktycznie nieprzerwanie od zawsze. Nie rozumiem tej obowiązkowej fali krytyki nowego albumu, najwyraźniej hejt to nałóg. Nie zgadzam się z żadnym z argumentów ujadających. Takie czasy, internetowa armia znawców wie lepiej od samego artysty jak powinna wyglądać jego sztuka. Mam dość świata.

bzdu
Nawet nie ten z lustra, co ten spod spodu. Z innego bieguna. Podbiegunowy ja. Ale ale IPA, wszechobecna lipa. Słowa gdzieś tam są, tam, na dnie tubki pasty do zębów. Póki co tylko szczękam czekanem na przeczekanie. Prze szczęśliwy przeciek, worek piasku gniecie. A za szczepem szczaw ze szczętem strzępi się po… Świecie? Świeć!
Aaargh burarum
Obecnie ma być riff, konkret i cios, a nie jakieś tam porozciągane w nieskończoność marillionowe smuty. Wystarczy, że ja się czuję tak, jakbym nigdy się nie uśmiechnął. Do mnie też raczej mało kto się uśmiecha. Właściwie to zazdroszczę trochę roześmianym ludziom. Wiem że tacy istnieją, codziennie mijam ich na ulicy.
Dyktafon
Diane, ludzie mówią, że był jakiś super księżyc. To super. Nikt nie mówi o piątku. Czy już był? Wszystko wskazuje na to, że była to środa lub wtorek. Bardziej to drugie. Dzień, w którym dwa razy musiałem upewnić się w telefonicznym kalendarzu który obecnie mamy rok. Na prawdę lub naprawdę nie byłem pewien. Ale przecież piątek dopiero nadejdzie, a wraz z nim nowy wymiar obłędu. Bo czyż normalnym jest planowanie zjedzenia paczki czipsów i oglądnięcia jakiegoś filmu z takim wyprzedzeniem? Tak, przyznaję się, jedzenie świństw poprawia mi humor. A że nie mogę się nimi faszerować oficjalnie w tym bezglutenowym domu, to robię to najczęściej w tej mojej – z braku lepszego określenia – pracy. „Praca” – dobre sobie. Doszło mi pierdyliard obowiązków, tylko cel jakiś taki mglisty, żeby nie rzec bezcelowy. Czuję się trochę jakbym był na strzelnicy z bronią naładowaną ślepakami. Dobrze, że jest Gaiman, trochę ratuje sytuację, odrywa.
Podsłuch o nim zaginął
Nie daje mi spokoju i nie pozwala spać pytanie: czy ja faktycznie przez ostatnie kilka lat byłem w pracy podsłuchiwany? Aby uregulować wszystkie sprawy związane ze śmiercią ojca i zamknięciem prowadzonej przez niego działalności przekopuję się przez tony papierów i w trakcie tej czynności natknąłem się na rachunek za umieszczenie aparatury podsłuchowej w jednym z gniazdek elektrycznych. Teraz tak – na terenie należącym do rodziców są dwa budynki: jeden mieszkalny, drugi, nazwijmy to, gospodarczy. A więc kogo on niby mógł podsłuchiwać, mamę z którą mieszkał? Czy też mnie i resztę pracowników? Jutro będę rozkręcał kontakty, bo nie usiedzę póki się nie dowiem. Co to był za człowiek w ogóle?
egzo
21 października wypożyczyłem z biblioteki dwie książki. Parę dni później mój syn wypożyczył mi jeszcze jedną, jak powiedział – na poprawę nastroju. Do dzisiaj przeczytałem może z dziesięć stron jednej z nich. Jeżeli jesteśmy przy poprawie nastroju, to chyba z tydzień temu zacząłem oglądać „Rybkę zwaną Wandą”. Na dzień dzisiejszy zostało mi jeszcze jakieś 40 minut filmu. Tak więc się to toczy, nie biorąc jeńców. Ale. Mam zamiar odprawić egzorcyzm. Przeczytam te książki. Jakoś.
hum bugburgerburgBóg
Liście podążają mym tropem. I jeden taki kruk, czy gawron, czy inna sraka nevermore. Znalazłem dziś na chodniku siedemdziesiąt złotych. Podniosłem je prawie nie zwalniając kroku. Rozglądnąłem się tylko, czy nie kręci się w pobliżu ktoś sprawiający wrażenie, jakby właśnie przed chwilą coś zgubił. Ale nie. Tak więc uśmiech losu, albo jego ironia. Uczciłem ten fakt wymianą jednego ze znalezionych banknotów na mleko do kawy, hummus z oliwkami i siemię lniane. Do paczki chipsów (ziemniaki z aksamitnym sosem) którą zjadłem ukradkiem w piwnicy nigdy się nie przyznam.