Nie pamiętam o urodzinach i imieninach innych. Nie kojarzę świąt. Zapominam rano zjeść śniadanie, a w nocy napisać o tym, o czym myślałem w ciągu dnia. Mylą mi się lata. Co, gdzie, kiedy i z kim? Nie pamiętam kto i o czym powiedział mi nie tak dawno temu. W ciągu roku mam tylko kilka charakterystycznych punktów których się trzymam. Nie zapominam o kawie, o nie. I czasem o tym, aby mniejszym lub większym ukradkiem łyknąć coś z barku, o tak. Zupełnie tak, jakbym sam miał problem, tak jak tamten. Bo ja jestem ten, z którym nigdy nie było problemów i zawsze wszystko wskazywało na to, że w moim świecie kłopoty nie występują. Pamiętam za to wydarzenia sprzed kilkunastu, dziestu lat, kurczowo się ich uczepiłem i bywa tak, że tylko one przypominają mi o tym kim jestem i skąd pochodzę. Mimo, że znajduję coraz więcej plusów w codzienności, w dalszym ciągu często wyraźnie odczuwam, że coś tutaj jest bardzo nie tak. Że to wszystko pędzi donikąd, że krawędzie są ostre i ogólnie jak łzy na deszczu. A przecież pod powierzchnią…