no. 1

To będzie ciężki poniedziałek, skoro zaczyna się kartką zapisaną „rzeczami do załatwienia”. Jest po pierwszej w nocy (nad ranem?), czytam ową kartkę, nie wszystko jestem w stanie odszyfrować, pismo żony z każdym słowem słabnie, jest coraz mniej czytelne, pisała przed snem, a wczorajszy dzień nie był dla niej łaskawy. Idę spać, o dziwo nawet się udaje, choć często tak mam, że gdy zaznajamiam się z „rzeczami do załatwienia” tuż przed położeniem się, to zaczynam o nich myśleć i ze snu pozostają jedynie nici, całe ich szpule, hurtownie razem z igłami i guzikami. Naiwnie nastawiam budzik na 8, ale już o siódmej budzi mnie telefon od teścia w sprawie „rzeczy do załatwienia”, mam też jedno nieodebrane połączenie od żony o 6:28. To będzie ciężki poniedziałek, więc słucham sobie na youtubie black metalu, choć nie jestem jakimś jego trve kvlt wyznawcą. Głośniczki pierdzą, pierdzi też muzyka i chyba tak właśnie w tym przypadku być powinno. Nie podobają mi się te wszystkie awangardowe projekty które wprowadziły ten gatunek na salony, te wszystkie Igorrry i inne Zeal & Ardory. Straszy muzyka, straszy leżąca nieopodal kartka, na której pismo żony niebezpiecznie zbliża się do blackmetalowej czcionki.

 

mknie

drugą zalej niech trzeszczy czerstwo w stawach w stanach lekkiego rozczarowania że zapomnieliście o mnie że zapominałem ja że nie zdążyłem pójść nie ma przypominacza sam nim się stałem a nie powinienem nim być o nie nie powinienem nim być  trzeba odkleić cztery litery zaskakująca ilość czterech liter istotnych dla mnie dupa kawa muza ręce bolą blog seks właściwie nie właściwie to niewiele tych czterech liter z czterech liter nie można ułożyć ważnych słów już łatwiej z trzech słów ułożyć zdanie nie umiem nożyczek na przykład dziś trochę pochodzę rozchodzę to wszystko bo zanim będzie inaczej to przez chwilę będzie podobnie

nawiasy

Przepraszam. Zakrzątnąłem się, zakręciłem, zatraciłem. I wdepłem (tak, wdepłem) w czarną dziurę, Czarną Chatę, czarną dupę. Ale wyszłem (tak, wyszłem). Zwalmy to na gorąc. Bo idziesz sobie człowieku ulicą i wszystko pachnie ciepłem. No, może nie wszystko, ludzie przeważnie śmierdzą ciepłem, a ja, jako że przytyłem te kilka kilogramów (rzeszę wielbicielek uspokajam – nadal mam niedowagę)  być może śmierdzę razem z nimi. Bloki pachną ciepłem. Asfalt pachnie ciepłem. Trawa pachnie ciepłem. A może nie pachnie, może również śmierdzi? Przecież nie jest już taka świeża, ani skoszona, więc może wszystko to w letnie dni rozkłada się i śmierdzi? Nawiasem mówiąc przypomniało mi się to, co ze dwadzieścia ileś lat temu przeczytałem w piśmie Bravo (albo w innym Popcornie), mianowicie, że wczesną wiosną kobiety są bardzo podniecone, ponieważ zapach kwitnącej (czy trawa kwitnie?), czy też rosnącej (rośnie z pewnością) trawy przypomina im woń męskiego nasienia. Ta dam! Bum czaka! No więc pachną (być może) tylko bloki i asfalt, dlatego też dzieje się czasem to, co się dzieje. Ale pamiętajmy, że nie dzieje się nic więcej, niż dziać się musi.

powierzchownie o powierzchni

Na prawdę (naprawdę? nigdy nie wiem) czasem czuję, jakbym zbliżał się do powierzchni. Zupełnie jak na filmach przyrodniczych kręconych pod wodą: swobodne ruchy, falujące światło słoneczne, już, już zaraz się wynurzę i głęboko zaczerpnę powietrza. Bez tego pierdolonego fortepianu uczepionego mojej nogi, bez kotwicy, pociągu towarowego i rodzinnej kuźni. W chwilę potem cały balast wraca jednak na swoje miejsce i ciągnie mnie w dół. Bo gdzie ma niby ciągnąć, w bok?! Kiedyś to wszystko opiszę, kiedyś wrócę do gry. Póki co jednak muszę coś zrobić z dwoma hektarami ziemi i z jedną starszą panią która na nich została. W połowie sierpnia być może będę mógł się z tego śmiać, będę to robił do rozpuku, a chyba pęknę, gdy usłyszę jakieś zastrzeżenia, jakieś kurwa komentarze tych, co są za morzem wódki. Będę zabijał śmiechem, szklanką po łapkach będę tłukł. Ale nie swoich, co to, to nie. Moje wrócą wtedy do gry. Wtedy będzie można.

Bardzo

W zakładce z wersjami roboczymi wpisów mam jeden niedokończony, na którego treść składa się tylko jedno słowo: „Bardzo”. Tak się właśnie zastanawiam, co też mnie tak bardzo te parę dni temu, że zacząłem o tym pisać, ale poległem. Bardzo byłem zmęczony? Bardzo bolały mnie nogi? Bardzo miałem ochotę na drinka? Bardzo się czegoś bałem? Cokolwiek by to nie było, zupełnie niechcący wyszło mi teraz podsumowanie ostatnich dni. Tygodni nawet. Chuj w to, bardzo. Dzisiaj bardzo potrzebuję ławki. Najzwyczajniejszej w świecie ławeczki pod drzewem. I nikogo w pobliżu. Tego chcę. Bardzo.

gołe baby

„…a one są na tyle głupie, że w tym chodzą” – powiedział mój kolega o wyglądzie troglodyty z nowohuckiej osiedlowej ławki, będący żywym dowodem na to, jak bardzo pozory mogą mylić.

A odnosił się do tego, co w upalne dni dzieje się na ulicach. Ale nadal twardo szanujcie nas, wy seksistowskie świnie.

del.

Wszystko jak przez mgłę. Albo przez rozgrzane powietrze. Skóra parzy, to idealne okoliczności dla sprężynowych reverbów i analogowych delay’ów. Myślę… Właściwie to nie myślę. Coś się działo, coś się dzieje, coś się będzie dziać. Za jakiś czas i tak nie będzie się o tym pamiętać. Czy dzisiaj pamięta ktoś, że Chris Cornell odebrał sobie nie tak dawno życie? Albo o jakimś zamachu, ale nie tym aktualnym, tylko tak ze trzy kolejki wstecz? Dzieje się w ogóle coś istotnego? W telewizji podczas obiadu miga mi kabaret Paranienormalni. Wyłączam, jedzenie przestaje smakować. To się musi niedługo skończyć. Czeka nas wielki reset.