powinniśmy mieć kaptury tak było by znacznie łatwiej tylko jak to kaptury w taki upał pot kapałby na kable i zaraz jakieś zwarcie murowane a prąd jest potrzebny elektryczność jest tu podstawą jest stałą do pełni szczęścia powinno padać mokry asfalt dżinsy jeansy znaczy i wojskowy plecak płyty z trip hopem przegrywane na lepsze kasety tdk chromówki na ten przykład i na dyskietkach powinniśmy się wymieniać samplami czy teraz jest łatwiej? internet wszędzie w telefonie w pracy w kiosku w parku w dupie i czy atmosfera jest dzięki temu bardziej twórcza? nie ni chuja trzeba deszczu i alkoholu trzeba ruszyć dupę z domu potrzebny jest drugi człowiek bez tego ani rusz
Miesiąc: Lipiec 2017
klałdi
Czemu masz taką minę? Co masz taki humor? On zawsze był taki chmurny. Jest podobny do taty. W przeciwieństwie do tamtego, tamten to nieee, tamten jest zupełnie inny. Ale nie denerwuj się. Jeszcze tylko przez chwilę pozwracamy przy wszystkich uwagę na twoje zamyślenie, zatroskanie, zmęczenie i w efekcie zdenerwowanie, potem damy ci spokój, bo staniesz się nieprzyjemny. No, on zawsze taki był, od dziecka, zachmurzony taki.
smę
A w ogóle, to idąc do nowego miejsca starej pracy mijam cmentarz. Nie tylko go mijam, muszę go całego przejść. W jedną i w drugą stronę. No chyba że biorę samochód, ale z reguły nie biorę. Tak więc idę tym cmentarzem i chyba wiem, co bodajże Nick Holmes miał na myśli w jednym z wczesnych wywiadów, kiedy to wspominał, że w tego typu miejscach poszukuje ukojenia. Spokój i cisza, poza paroma dniami w roku ani żywej (no przecież) duszy. No więc idę. Przyglądam się nazwiskom na nagrobkach. Niektóre wywołują uśmiech na twarzy, do ich właścicieli pewnie mało kto zwracał się po imieniu. Inne przypominają o dawnych znajomościach. Ta sama trasa, a nazwiska się nie powtarzają. Być może nocami cała nekropolia obraca się niczym gigantyczna kostka rubika, próbując się ułożyć w pradawny wzór umożliwiający zmarłym… Jeżeli Nicolas Cage zagra kiedyś w horrorze, to o takiej właśnie fabule. W pobliżu cmentarza mieszkają moi teściowe, dokładnie po drugiej stronie mieszkałem kiedyś ja. Samo miejsce pracy… Powiedzmy, że paręnaście lat temu niemalże z tej samej lokalizacji mój ojciec przeniósł firmę do wybudowanej przez siebie posiadłości. Upłynęło i się stało, wróciłem do punktu wyjścia. Cmentarz, blisko do rodzinnego (powiedzmy) domu, blisko do teściów. Dużo wspomnień i symboliki. Idąc cmentarzem trzeba się kierować na wieżowce górujące nad krajobrazem. Gdy byłem mały, marzyłem aby zamieszkać na tym osiedlu. Bloki na skraju tak zwanego lasku, mające u swych stóp resztę świata. Gdy zobaczył je mój syn, też przez parę dni był chory twierdząc, że nasze osiedle jest brzydkie i on woli tam.
47
Na raty, panie Garraty, ale jakoś to przejdziesz. Tu zaczniesz, potem będziesz musiał przerwać, dokończysz później. Ze wszystkim już tak będzie, nie martw się. Ale koniec końców zobaczysz. Będzie.
47
Leżę nocą i nie mogę. Zasnąć. Jestem tak bardzo zmęczony, że właściwie tym wyczerpaniem pobudzony. A może wyolbrzymiam, może to zmęczenie wcale nie jest takie wielkie, tylko ja desperacko chcę się poczuć jak jakiś sterany życiem, udręczony bohater? Ale zasnąć mimo wszystko nie mogę. Do niedawna działały marzenia, teraz jakoś już nie mam o czym, albo nie potrafię. Doskonale pomagało na przykład snucie wyobrażeń na temat mojej pierwszej w życiu ever, choć trochę wakacyjnej, ale jednak, miłości. Trochę wspomnień plus co by było gdyby. Albo przedawkowałem ten sposób, albo wszędobylski facebook zepsuł całą zabawę, pokazując mi, jak ona teraz wygląda. To niemożliwe, że ci wszyscy ludzie których kiedyś znałem są teraz starzy, skoro ja jestem taki piękny i witalny. Codziennie wstaję dłużej. Codzienność jest taka nudna. Jakieś świeczki, protesty, orędzia. Nic już z tego nie rozumiem i trochę mnie to śmieszy. Nic już z tego nie będzie, nic mi po tym, skoro do tej pory niczego to nie przyniosło. Nic im do tego, po prostu.
47
Trzeba wstać i iść. Trzeba wyrobić codzienną normę kroków. Chcesz mieć płytę czyszczącą laser CD, którą podobno i tak nic nie daje, to wstań i po nią idź. Po drodze zrób to, to, tamto też. Wstawaj. Już.
haj waj wielkie mi
I tak się właśnie toczyła ta rozmowa. Zupełnie jak ten utwór – w dwóch pozornie niepasujących do siebie tonacjach. Niby mówiliśmy w tym samym języku i niby o tym samym, ale jednak o siedmiu zbójach. Niby. Kończy się czas takich rozmów, kończy się czas takiego podejścia. Trzeba będzie to wszystko zamienić na codzienną porcję solidnych brzuszków.
haj
Wygląda na to, że więcej pamiętam. Był to azyl. Nadal bywa. Choć pozmieniało się wszystko. Usiadłem na balkonie (kiedyś go tam nie było) i poczułem się na prawdę wysoko (ang. really high). Dużo słów i mało synchronizacji.
śmieje dzenie
Idę ulicą. Faluje, falują, faluję. Wzrok przykuwa reklama jakiegoś jedzenia. Modelka uśmiecha się szeroko, tak szeroko, że o mały włos nie odpada jej czubek głowy. Za to jej oczy są kompletnie puste, martwe, beż żadnego wyrazu. Na prawdę nikogo nie tknęło to, jak wygląda to zdjęcie, zanim nie zostało klepnięte i puszczone do druku? Coś strasznego, pomimo upalnego dnia przechodzi mnie dreszcz. Jakbym przechodził korytarzem Azylu Arkham.
Odrę Ró
Myślałem, że dłużej mnie nie było. Zabrnąłem. Ten sam co zwykle zjazd z autostrady tym razem oznaczony był jakoś inaczej. Głowy bypass. Ale, ale, ale, cóż, cóż, cóż, trzeba gdzieś zniknąć, by pojawić się w innym miejscu. Pierwszych razów sporo, pierwsze zeznania na komisariacie, pierwsze zbuków wąchanie. Takie tam odstępstwa od odrętwienia.
glas
Patrzę na tę szklaną półkę łazienkową, której nie mogłem powiesić przez ostatnie dwa tygodnie i czuję, że obroty gramofonu zwolniły. Soundtrack życia odtwarzany jest w sposób mniej więcej właściwy. Półka wisi. Cieszę się.
forest forrest las lass
Jeszcze tylko kilka dni i życie odrobinę wyhamuje. Nie całkiem rzecz jasna, ale obroty spadną. I dobrze, ponieważ w tym momencie gdybym się gdzieś zgubił, to nie odnalazłby mnie żaden indiański nawet tropiciel. Z tego prostego powodu, że zostawiam niemożliwe do rozszyfrowania ślady: idę, a obwisłe ręce suną po ziemi obok nóg, dodatkowo ryję przed sobą podpierającym nosem. Ale już niedługo się wyprostuję. Nie wiadomo co prawda na jak długo, bo przecież życie zawsze może uraczyć nas nieoczekiwanym pudełkiem z granatem (czekoladkami na ten przykład jakoś nie może), ale będzie wyprost. Albo będzie bum.