Murphy

Gdy trzeba wstać wcześnie – nie da się zasnąć.

Gdy można (przynajmniej w teorii) dłużej pospać, a co za tym idzie można dłużej nad czymś posiedzieć nocą – nie da się nie usnąć.

Działa.

robo

Wystawienie pierwszej w życiu faktury przed czterdziestką obudziło we mnie robota. Takiego jak rysowałem dziecięciem będąc: kwadratowa głowa, na niej antenki, sprężyny zamiast nóg, szczypce w miejscu dłoni. W kwadratowej głowie obraca się rolka papieru toaletowego, myśli – wydruk – szparą zamiast ust. Kątem oka (wizjera? kamery?) patrzę w okno (iluminator?), co od razu sprowadza mnie na ziemię (w kosmos?). Jestem przeklęty (uszkodzony?), mój mózgożołądek fruwa gdzieś z Funkym i Bredną.

czest mirra

I jeszcze tylko gdybym nie zamieniał się czasem w niego. Za szybko jeżdżę samochodem, chociaż nie potrafię tego robić. Denerwuję się w pracy. Denerwuję się na cały świat. Zbyt często podnoszę głos na syna, a kiedy ten dopada mnie po całym dniu pracy i opowiada mi o jakichś niesłychanie ważnych dla niego sprawach, modlę się, aby moja twarz nie wyrażała tego, o czym akurat myślę. Że chcę, aby się zamknął, abym był daleko stąd, sam, z gitarą i płytami, z piwem i może czymś mocniejszym, bez budzików, harmonogramów, pełnych zmywarek i pierdolonych inhalatorów. Po fakcie oczywiście rozczulam się i wstydzę. Nie chcę być nim, on był taki dla mnie.

Pleiades

Bo tak się jakoś zawsze składało, że w trudnych momentach życia najczęściej towarzyszyła mi trudna muzyka. Towarzyszyła mi też w tych łatwiejszych, więc czemu w chwilach kryzysu i grozy miałoby być inaczej? Teraz jest odpowiedni czas na między innymi tego typu dźwięki. A i moje własne palce, choć ostatnio trochę poranione i z odinstalowaną pielęgnacją paznokci, powoli odnajdują drogę do kwint zmniejszonych, kwart zwiększonych (pamięta ktoś jeszcze Trytona?), septym i non. Może czasem po prostu musi tak być, czasem trzeba milczeć przez paręnaście lat, tak jak ten kanadyjski producent mebli, który sam twierdzi że siedział cicho, bo zwyczajnie nie miał nic ciekawego do powiedzenia. To ja jeszcze trochę posiedzę, a właściwie postoję, bo w ciągu dnia nie można siedzieć. Zwłaszcza na tych fotelach na balkonie, które co roku po zimie wyciągam z garażu. Stoją sobie w słońcu, czasem w deszczu, stoją tak sobie pewnie już od kwietnia, a ja jak do tej pory usiadłem na nich (no dobrze, na jednym z nich) raz. Jeden raz. To i tak postęp w stosunku do zeszłego roku, kiedy to mój kontakt z nimi ograniczył się do ich przyniesienia do domu wiosną i wyniesienia z domu jesienią. Tak więc jeszcze chwilę postoję, ale palce już szukają.

ded lajn przep ych

Dopiero teraz wiem, czym tak na prawdę jest brakoczas dławiący. Ich usta jak ziarna kawy. Moje nozdrza jak betoniarki. Tu, tu i tu. Tam, tam i tam. Stąd-tam-stamtąd-tu. Płuca jakby mniejsze i krótsze. Niewidzące oczy potykają się o litery, sens umyka, nie pamiętam. Potem jakoś się udaje, w jakiś sposób okazuje się, że nie popełniłem żadnych błędów. Męczypęd.

Nie ma grania

Boję się znowu zacząć grać. Normalnie, kurwa, boję się wyjąć instrument z case’a i poświęcić mu trochę czasu. Ostatnio  zajmuję się raczej podpisywaniem umów i wystawianiem faktur, ewentualnie dźwiganiem ciężarów, niż obmyślaniem zawiłych struktur riffów, przez co boję się, że to po prostu nie wypali. Albo inaczej: boję się, że znowu zacznie to do siebie pasować, układać w jakąś całość, której oczywiście nie ukończę, bo znowu wyskoczy coś, jakiś wypadek losowy lub związany z pracą. Albo, że w połowie drogi stracę zapał, bo o wiele ciężej jest tworzyć samemu, zamiast w paru żołnierskich słowach wytłumaczyć muzykom na próbie o co chodzi. A więc boję się i nie gram już… ile? Lato nigdy nie było dla mnie dobrym okresem.