Krzywo się opaliłem. To w zasadzie żadna niespodzianka, biorąc pod uwagę, że wszystko za co się biorę w życiu wychodzi mi hmmm… alternatywnie. Ale robię postępy. Ostatnimi czasy wręcz dokonuję cudów. Jeżdżę samochodem na przykład, nie do wiary. Przewożę różne rzeczy. I osoby. Biorę za coś odpowiedzialność. Za kogoś. Wiem, że mówimy tu o prozaicznych czynnościach, ale nie zapominajmy, że dla mnie codziennością są raczej rzeczy o których niektórzy sądzą, że do ich wykonywania potrzeba jakichś komiksowych supermocy. Nieistotne. Więc miałem ten powiedzmy tydzień na naładowanie baterii na resztę roku. Tydzień, bo pierwszego dnia, w którym spałem ze trzy razy, nie liczę. Trzeba było przejść swoistą aklimatyzację. Nie liczę też jednego dnia, kiedy to musiałem wrócić do Metropolis, do Gotham, do Big Asshole, wrócić na chwilę, aby zrobić coś, wydać, odebrać, przekazać, wysprzątać. Czyli co, jakieś osiem dni? Tyle ma wystarczyć dobiegającemu czterdziestki człowiekowi, który po wydarzeniach mających miejsce po 29 października ma rozpieprzony kręgosłup, serce i mózg? Wracamy i 3… 2… 1… START? A gdzie rozgrzewka? Jak nie upaść gdzieś po drodze? Jak nie zerwać któregoś mięśnia? W mojej branży na pytanie „Jak?” pada tylko jedna odpowiedź: „Szybko!”. Nie przejmuj się synu, co prawda mam dla ciebie coraz mniej czasu i z każdym dniem rozumiem cię coraz mniej, po prostu pomkniemy w to razem. Jakoś, tak jak do tej pory. Nie widziałem tego przed twoimi narodzinami, nie widzę i teraz, ale koła się kręcą. Toczą. Obracają. Jakoś.