Kamień

Więc chcesz poznać historię kamienia? Dobra, opowiem ci o kamieniu. Tak mógłby wyglądać wstęp do pięknego wpisu. Bo w taki właśnie sposób chciałbym zaprezentować tę szczególnie ważną dla mnie treść, chciałbym pięknie to ująć. Problem w tym, że nie potrafię. A może temat jest zbyt błahy i niezależnie od talentu czy literackiego warsztatu zawsze wyjdzie z niego chała. W pewnym momencie chciałem się poddać i napisać jak zawsze, w swoim stylu (o ile w ogóle takowy posiadam). Czyli  metaforycznie, enigmatycznie, ezoterycznie… Bełkotliwie. Ale właśnie tego chciałem uniknąć, bo co prawda nie wracam do tego co napisałem, nie czytam swojego archiwum, ale gdybym kiedyś jednak to zrobił, to choć w tym jednym przypadku nie chciałbym zgadywać co też w danej chwili miałem na myśli. Może nakierowałby mnie jakoś tytuł wpisu, ale biorąc pod uwagę moją coraz bardziej dziurawą pamięć, wolę nie ryzykować. O czym to ja… Aha. Kamień. Nie lubię w sposób oczywisty, nie lubię w stylu „byłem-robiłem-widziałem”, ale tu się chyba nie da inaczej.

Najgorsze jest to, że jak tak człowiek się przyjrzy suchym faktom, to aż sam się sobie dziwi, że to wszystko ma dla niego aż takie znaczenie.

Częściowo spełniłem swoje marzenie: odwiedziłem miejscowość w której spędziłem najlepsze wakacje i ferie swojego życia. Częściowo, bo jednak nie udało mi się oblecieć wszystkich ważnych dla mnie miejsc, no i miałem ze sobą bagaż i balast w postaci rodziny. Przed czterdziestką (albo na czterdziestkę) koniecznie muszę pojechać tam sam. Wystarczy mi jeden dzień. Jedyyynyyyy, tak do końca… Miejscowość jak miejscowość, wiocha w zasadzie: jedna główna ulica, kościół, sklep, rzeka, las, góry, ale chodzi o kobietę. Tę pierwszą ever miłość, wakacyjną bo wakacyjną, ale jednak miłość. Wszystko pierwsze, może poza tym jednym, ale czy to ważne? Pierwsze pocałunki, pierwszy dotyk kobiecej piersi, pierwsze łzy, no i pierwsze w życiu zranienie kogoś. Pierwsze skurwysyńskie zachowanie, które chyba nie pociągnęło za sobą następnych. Nazwiecie mnie sentymentalną pensjonarką i będziecie mieć rację, ale na dobrą sprawę nigdy nie wyzbyłem się myśli o tej dziewczynie (dzisiaj już kobiecie). Pamięć o niej podtrzymywana jest przez różne dziwne wydarzenia. Jakie? Na przykład gdy kilka lat temu uległem namowom kolegi i założyłem konto na facebooku, po kilkunastu sekundach od pierwszego zalogowania kto mi wysłał zaproszenie do znajomości? No kto? Albo gdy paręnaście lat temu pojechałem z moją żoną (nie pamiętam, czy już faktycznie nią była) do wspomnianej miejscowości i gdy parę kilometrów od celu zmienialiśmy koło w samochodzie, to kto musiał akurat przejeżdżać ulicą na rowerze?

Myśli o niej towarzyszą mi od przeszło dwudziestu lat, z różnym natężeniem i o różnych porach dnia i nocy. W pewnym mrocznym okresie mojego życia, gdy choroba syna niemalże znokautowała moje małżeństwo, myślałem o niej nawet częściej niż powinienem. Teraz po prostu wspominam, czasem popadam w głupie rozważania „a co by było, gdyby”, niekiedy powstrzymuję się od napisania jej różnych ważnych rzeczy, które tak naprawdę mogłyby jej tylko zepsuć dzień, albo i coś więcej. Ponieważ kontakt jest, sporadyczny i neutralny, ale jest. Ogranicza się w zasadzie do życzeń urodzinowych i świątecznych, od wielkiego dzwonu parę słów więcej, ale takich… Ważnych. Po których można wywnioskować, że ona chyba pamięta podobnie. Nie posuwamy się dalej, nie snujemy wizji ewentualnego spotkania, nie pytamy się o życie rodzinne i zawodowe. I tak jest chyba lepiej, a już na pewno bezpieczniej. W zeszłym roku wysłała mi zdjęcie znad rzeki, z jednego z naszych miejsc. Pisałem o tym tutaj: http://mknie.blox.pl/2016/03/Tam-8.html. Teraz ja posłałem jej fotki drugiego. I przywiozłem stamtąd kamień. Przez parę dni nosiłem go w kieszeni i często dotykałem, teraz wsadziłem go do przegródki w futerale na gitarę. Bo gitara w moim życiu odgrywa podobną rolę, co wspomnienia o niej. Jest to jakaś ucieczka od codzienności i trzymanie się kurczowo jakieś swojego „ja” sprzed wieków. Nosząc go w kieszenie pewnie zaraz bym go zgubił, obok gitary jest bezpieczny.

Teraz można szydzić. Ja i tak od paru dni w głowie słyszę bez przerwy gromkie „oooooooch…” sitcomowej publiczności.

Dodaj komentarz