Wielki Nos

Teraz mam pewność, że mój chrzestny jest wyznawcą jakiegoś Wielkiego Nosa. Ewentualnie od pół wieku ma Aspergera, ale raczej nie. Po prostu pochodzi z innego wymiaru, jak cała rodzina ze strony mojego taty. To by tłumaczyło również i moje różnego rodzaju odchyły, cóż, jestem więc jak ten Thorgal wśród wikingów…

Chrzestny dzwoni do mnie z częstotliwością raz na kilka lat. Ja nigdy nie dzwonię, nie dzwonię od moich osiemnastych urodzin o których zapomniał. Nie jestem mściwy czy pamiętliwy, trafniej byłoby raczej napisać, że o nim zwyczajnie nie pamiętam. Bo i po co? Ten człowiek nie ma znaczenia. Ot, raz na jakiś czas jest fun w rodzinie, bo a to komuś (mnie) podaruje w prezencie ślubnym napisaną przez siebie książkę z dedykacją dla kogoś zupełnie innego, a to komuś innemu pod choinkę podłoży długopisy albo smycze z logiem instytucji w której akurat pracuje. Albo na stypę po babci zaproponuje zamówienie pizzy dla wszystkich. Takie tam.

Przedwczoraj odebrałem od niego telefon. „Cześć, gdybyś zupełnie przypadkowo był w przyszłym tygodniu w Rzymie, to wiedz, że bierzemy tam ślub. A po wszystkim idziemy na pizzę (co on z tą pizzą?)„. Tak, jak to mam w zwyczaju, będę właśnie w drodze z Dominikany na Malediwy, czemuż by więc nie skierować swojego samolotu do Włoch?

W sumie ani to specjalnie zabawne, ani też nawet wkurwiające. Raczej przygnębiające, bo po śmierci kilku osób i po jeszcze paru innych wydarzeniach z mojej dziwnej rodziny pozostały w zasadzie już tylko strzępy.

Cóż, przynajmniej Wielki Nos ma się świetnie.

Dodaj komentarz