wde wyde

Wdech, wydech.

Spontaniczny wyjazd w góry-nie-za-wysokie. Baterie ładowane, powietrze wpompowywane. Oczywiście jak tylko nie palą w piecach, bo jak palą, to trzeba wyjść gdzieś wyżej, w przeciwnym wypadku mamy tak, jakbyśmy się wcale nie ruszali z naszego Gotham. Napisałem „spontaniczny” i to cieszy mnie chyba najbardziej. Okazuje się, że jeszcze czasem potrafimy zatrzymać się w tym naszym uporządkowanym dziwnym życiu, strzeżonym przez kalendarze i notatki poprzyklejane do lodówki. Na plus, rozpuszcza zwątpienie.

Wdech, wydech.

Z rzeczy magicznych i niecodziennych, to przed wyjazdem wcieliłem się w rolę kamyczka który spowodował lawinę. Lawina doprowadziła do tego, że pewien samotny i pewnie nie do końca szczęśliwy a zajebisty gość na tydzień przed swoimi czterdziestymi urodzinami został zaciągnięty do pubu, w którym musiał stawić czoła dwudziestce znajomych. Taka impreza-nieświadomka, jak z amerykańskich filmów, surprrrraaaaaajz! Było pięknie, choć obawiałem się o przyszłego jubilata, czy aby na zaskoczenie nie odpowie zawałem. I zdaje się, że byłem bardziej przejęty niż on, z czego niektórzy się chyba podśmiewywali, ale taki już urok organizatorów. Świadomość tego, że z pomocą innych zrobiłem komuś prezent, którego ten ktoś nigdy nie zapomni… To dobry haj.

gży

Gdzieś coś odpadło. Ze mnie. Pozostawiłem po sobie ślad zawróconej pięty. Nie do rozpoznania. Jakbym był grzybem. Ta pięta i to co z siebie strząsam. Jak zarodniki. Jestem gdzieś, w chwilę potem pozostaje po mnie mgiełka zdaśli. Zdaśle są… Najłatwiej określić je jako zapis. Coś jak fotografia okienna. Coś jak rzeczny spis.

riverrunsredcrymeariverdamthatriver

Rivendell?

ratunku

riffmaster

Czy ja ich jakoś uśmiercam, czy jak? Ledwie parę dni temu sprawdzałem w necie co tam słychać u Malcolma Younga. W grafice google natknąłem się na jakieś ukradkiem zrobione mu zdjęcie, na którym chyba uchwycono go podczas spaceru z opiekunem, w każdym razie tak mi się skojarzyło. Zastanowiłem się wtedy przez chwilę, kiedy to nastąpi? I bum, dzisiaj. To nie pierwszy raz, kiedy przypominam sobie o interesującym mnie artyście, szperam za jakimiś nowymi informacjami na jego temat, a ten parę dni później odjeżdża. Strach sięgać pamięcią normalnie.

no to

No to trzeba będzie napisać odwołanie.

No to trzeba będzie napisać odwołanie.

Niby te same słowa, a zależnie od tego, kto je wypowiada, niosą ze sobą szereg odmiennych komunikatów. Dla jednego napisanie wspomnianego odwołania to codzienność, drobiazg, bułka z masłem, chleb powszedni, totalnie oczywista czynność, coś, co może zrobić jedną ręką podczas picia kawy i wściekłego lajkowania wszystkiego na fejsie. Dla drugiego jest to koniec świata, moment w którym umarła ostatnia nadzieja, droga przez mękę, choroba umysłowa i absolutny ból istnienia. Zgadnij, do której grupy się zaliczam.



nosprom etełsz

Posępnie góruje nad miastem nie wiem czy czynny tężnio-kościół. Przypomina wbity w ziemię wrak obcego statku kosmicznego. Gdy trochę udało się go nam okrążyć okazało się, że ma jeszcze jedną ścianę i wygląda jeszcze brzydziej.

bizi

Czuję się podobnie jak za czasów liceum, kiedy to zawaliłem jeden z półrocznych egzaminów w szkole muzycznej. Cóż, dostałem się wtedy na drugą gitarę do zespołu znajomych, którzy to imponowali mi pod każdym względem: mieli dłuższe włosy ode mnie, grali brutalniej, ich perkusista był wówczas w czołówce „najtechniczniejszych” bębniarzy w tym smutnym jak pizda mieście. Cały czas ćwiczyłem ich materiał, przez co na egzaminie delikatnie mówiąc się zbłaźniłem (w jakiś sposób ultra szybkie kostkowanie nie idzie w parze z techniką prawej ręki ze świata gitary klasycznej). Teraz jest podobnie. Jutro wyjeżdżam na jedno z poważniejszych zleceń jakie przyszło mi w tym roku realizować, a przygotowania do niego potraktowałem mocno po macoszemu, całą moją uwagę skupiwszy na nagrywaniu gitar na płytę którą usłyszy może z siedem osób w porywach. Innymi słowy byłem zajęty. Z lekka marszczy mi się teraz dupa, dodaję więc sobie otuchy wytartymi sloganami w rodzaju „rock’n’roll nie zna litości, a industrialny death metal to nie rurki z kremem”.

A czy Ty byłeś/aś byłaś/eś zajęta?

dziw2

Albo był zamknięty w pokoju, który nie miał drzwi, albo w windzie budowlanej wznosił się ku powierzchni. Chyba trochę płakał, bo nigdy nikogo nie poprosił do tańca. Raz jego poproszono, ale odmówił. Być może był to jeden z większych błędów jego życia, możliwe też, że w tamtej chwili ocalił siebie i swoich bliskich. Patrzył jak wiatr porusza koronami drzew i zastanawiał się, czy był obserwowany.