Wdech, wydech.
Spontaniczny wyjazd w góry-nie-za-wysokie. Baterie ładowane, powietrze wpompowywane. Oczywiście jak tylko nie palą w piecach, bo jak palą, to trzeba wyjść gdzieś wyżej, w przeciwnym wypadku mamy tak, jakbyśmy się wcale nie ruszali z naszego Gotham. Napisałem „spontaniczny” i to cieszy mnie chyba najbardziej. Okazuje się, że jeszcze czasem potrafimy zatrzymać się w tym naszym uporządkowanym dziwnym życiu, strzeżonym przez kalendarze i notatki poprzyklejane do lodówki. Na plus, rozpuszcza zwątpienie.
Wdech, wydech.
Z rzeczy magicznych i niecodziennych, to przed wyjazdem wcieliłem się w rolę kamyczka który spowodował lawinę. Lawina doprowadziła do tego, że pewien samotny i pewnie nie do końca szczęśliwy a zajebisty gość na tydzień przed swoimi czterdziestymi urodzinami został zaciągnięty do pubu, w którym musiał stawić czoła dwudziestce znajomych. Taka impreza-nieświadomka, jak z amerykańskich filmów, surprrrraaaaaajz! Było pięknie, choć obawiałem się o przyszłego jubilata, czy aby na zaskoczenie nie odpowie zawałem. I zdaje się, że byłem bardziej przejęty niż on, z czego niektórzy się chyba podśmiewywali, ale taki już urok organizatorów. Świadomość tego, że z pomocą innych zrobiłem komuś prezent, którego ten ktoś nigdy nie zapomni… To dobry haj.
