warczę

Warczę. Przez telefon. Na mamę. Bo nie potrafi w kilku słowach sprecyzować o co jej chodzi. Potem jest mi głupio, bo przypominam sobie, że jest starszą panią, od roku wdową, że jest sama w czterech ścianach. Warczę. Przez zaciśnięte zęby. Na syna. Bo czterdziesty raz w tym tygodniu coś gubi, o czymś zapomina, nie pamięta gdzie ma wszystko, coś, głowę. Potem jest mi głupio, bo przypominam sobie, że bierze leki których skutkiem ubocznym może być roztargnienie. Warczę. Wewnętrznie. Sam na siebie. Dzwonię na telefon alarmowy, aby zgłosić, że moja mama widziała polerującego zbroję w krzakach zboczeńca. Trochę po fakcie, bo widziała go dwa dni temu. Nie pomyślałem o tym, żeby zwrócić jej uwagę, że o takich rzeczach trąbi się od razu. Nie pomyślałem o tym, żeby samemu natychmiast zadzwonić. Więc dzwonię poniewczasie i warczę w myśli na siebie. Widziany w krzakach, przy alejce którą dzieci chodzą na skróty do szkoły, którą sam często chodzę. Szedłem nią nawet dzisiaj i na szczęście dla zboczeńca nie spotkałem go. Gdybym się na niego natknął, w uderzenie włożyłbym całego siebie, cały ten bezsens który mnie czasem otacza, całą bezsilność i zniechęcenie. Złamałbym sobie na jego szczęce nadgarstek, więc i dla mnie w sumie lepiej, bo nie mógłbym przez jakiś czas grać. Podałem policji, że facet był ubrany na niebiesko. To zupełnie tak samo, jak dzisiaj ja. Nosz kurwa, musiał to zrobić w krzakach? W publicznych, dziecięcych, bliskoszkolnych krzakach? Nie mógł jak normalni ludzie, jak ja, na szczycie najwyższego w mieście wieżowca, podczas burzy z błyskawicami, stojąc na jednej nodze i wymachując nad głową pętem kiełbasy?

Dodaj komentarz