I znowu „uśmierciłem” kolejnego słynnego. Zaledwie parę dni wcześniej komuś polecałem to jako jeden z moich ulubionych utworów.
Już sobie nie pośpiewa. „Jak do tego doszło?”. Zmarł dokładnie tego samego dnia co inny bardzo ważny dla mnie muzyk, z którym notabene miał współpracować podczas nagrywania całkiem niezłej płyty. Może gdyby dołożył do niej swój głos, była by czymś więcej niż tylko całkiem niezłą płytą?
A dzień później mój tata gdyby żył, obchodziłby siedemdziesiątkę. Niedawno przeprowadziłem dosyć niecodzienną rozmowę telefoniczną. Zadzwonił typ, cześć, jestem taki to a taki, numer mam od tego i tamtego, pracowałem swego czasu z twoim tatą, bla bla bla, potrzebowałbym czegoś tam, nie masz czasem, a nie potrzebowałbyś mnie do czegoś, bla bla bla, kurwa ten tego wisz rozumisz. Dyzio gawędziarz, w dodatku na ewidentnym cyku, przed południem. Rozmowa się przedłużała, facetowi się usta nie zamykały, aż do momentu…
– A co u taty?
– Eee, jak to co u taty?
– Normalnie, no co tam u niego kurwa?
– Wiesz, u niego to raczej słabo, bo tata od ponad roku nie żyje.
Tu nastąpił mentalny knockout, błyskawiczne otrzeźwienie, zmiana barwy głosu i zakończenie rozmowy w pozycji na baczność. Takie tam, wiedziałem, że prędzej czy później przeprowadzę z kimś rozmowę która mniej więcej tak się zakończy.
I tak sobie myślę, że kurde
Jutro wspomniana już kolejna czterdziecha. Czyli większość z nas więcej niż połowę życia ma raczej za sobą. Z tej okazji myślę o pewnej kawiarni w mojej okolicy, do której nigdy jeszcze nie wstąpiłem. Bo zawsze coś, gdzieś, dokądś szybko. A może należałoby wstąpić. Autor artykułu o zmarłym wokaliście z pierwszego clipu słusznie zauważył, że warto chodzić na koncerty, bo nigdy nie wiadomo kiedy szlag trafi następnego z naszych idoli. Ja rozszerzę to o tą kawiarnię której do tej pory nie odwiedziłem. Warto chodzić tam, gdzie nas jeszcze nie było. Bo nigdy nie wiadomo, kiedy i nas już nie będzie.