desejm

Bywa, że rano nie umiem. Czynności które wykonywałem już tysiące razy wcześniej nagle stają się sztuką tajemną i niedostępną zwykłym śmiertelnikom. Od kiedy żona zaczęła częściej chodzić do pracy to na mnie spłynęły obowiązki związane z przygotowaniem dziedzica do szkoły. I w porządku, jestem z gatunku tych mężów/ojców, którzy po pracy zamiast zasiąść w fotelu z gazetą i cygarem raczej myją podłogę albo odrabiają z dzieckiem lekcje. Podobno nieźle gotuję, jakoś tam radzę sobie z żelazkiem, kiedy trzeba zdejmę zasłony, wymienię żarówkę, to i owo naprawię. W pewien sposób polubiłem całą tą (tę?) codzienną rutynę, jest w niej jakiś element spokoju. W domu staram się dawać z siebie jak najwięcej, zwłaszcza że w innych dziedzinach życiowych jestem skończonym patafianem. No i przychodzi czasem taki poranek jak dziś, kiedy to okazuje się, że mam dwie lewe ręce  i cierpię na amnezję. Otwieram lodówkę i nie mam pojęcia co zrobić, które z naczyń mam wyciągnąć, gdzie znaleźć coś co mógłbym podać synowi na śniadanie. W czym podgrzać i co? A przecież jeszcze trzeba coś przygotować do szkoły. Znaleźć jakieś ubranie dla siebie i dla niego. Symptomem tego umysłowego zaćmienia zawsze jest pewne załamanie czasowe występujące tuż po przebudzeniu: jeżeli ze zdziwieniem stwierdzam, że od sygnału budzika do przyrządzenia kawy minęło więcej niż piętnaście minut, podczas których kompletnie nie wiem co robiłem, to znaczy, że to będzie jeden z tych poranków.

bołnfiszbołn

Stałem na przystanku i próbowałem doszukać się prawdziwości. Nie prawdy, bo tę oferują nam na każdym kroku i tyle ma ona wspólnego z prawdziwością, co kość z ością. Szukałem we wszystkim i w każdym. Nie znalazłem jej w zamarzniętych szybach przystankowej wiaty. Nie znalazłem w twarzach lalek do dymania spieszących na drugą lekcję. Zmęczone spojrzenia szarych ludzi – tam też jej nie było. Serce mi drgnęło i ożywiłem się, ożyłem nawet, na widok uśmiechu kobiety z przystanku na przeciwko. Uśmiechała się czytając coś w swoim mądrym telefonie, zapewne wiadomość od kogoś bliskiego, to było prawie to. Prawie, bo jednak ten telefon, powinna uśmiechać się do wspomnienia, a nie… W tramwaju to samo, czyli nic albo prawda. W okolicy mojego dawnego liceum zauważyłem nauczyciela języka polskiego, który pewnego razu nie przepuścił mnie z trzeciej klasy do czwartej. Chyba dlatego, że umiałem czytać i podobno pisać.Być może przeczuwał po prostu, że stać mnie na więcej i powinienem się jeszcze trochę nad sobą pozastanawiać. Mógł mieć rację. Mógł być prawdziwością. Za chwilę „spierdalaj, kurwa, nic nie mów” rzucone w przerwie między utworami przez męską część pijackiej pary. To już bardziej podchodziło pod prawdę. W urzędzie załatwiam sprawę podejrzanie gładko. Pani, którą zapamiętałem z krótkiego szkolenia jako niespecjalnie miłą, podejrzanie miła. Jeszcze chwila i zaprosi mnie na obiad, pomyślałem. Kość czy ość?

dip dżony

Zamknąłem ją w szklanym więzieniu. Wiem, że jej nie ma. Jednocześnie jest na tyle blisko, że czuję jak łopocze próbując się wydostać. Łopocze, to dobre określenie. Musi mieć jakąś ptasią postać. Coś jak dziobate maski noszone przez lekarzy w czasie dżumy plus skrzydła, bo przecież czymś łopotać trzeba. Ciemne barwy, krucze koniecznie. Nie odleci, nie wzbije się do lotu, bo szklane więzienie jest wielkości pudełka na buty. Nie ucieknie, będzie blisko. Jest nie będąc. Póki co. Radujmy się więc z chwilowo odzyskanej równowagi, bo nigdy nie wiemy kiedy znów runiemy po spiralnych schodach. W dół. Można w ogóle runąć do góry?

trala

Pozostaje z boku przyglądać się zmianom. Drobnym, ale zauważalnym. Na przykład temu, jak już nie mieszam herbaty. Albo temu, że coraz częściej siadam żeby ubrać buty. Nie, nie przytyłem jakoś monstrualnie, zaobserwowałem raczej pewną stawową chropowatość. Więc w ramach ćwiczeń gimnastycznych spodnie i skarpetki ubieram na stojąco. Nie, nie będę biegał. Jebię bieganie. Moja lewa dłoń wygląda jak poparzona. Albo o tej porze roku w rurach zamiast wody płynie coś toksycznego, albo ja wybitnie nie mogę czegoś jeść. Ale dlaczego tylko jedna dłoń? Odstrzeliłem na początek zagęszczone mleko do kawy. I tak mi się przejadło. Przepiło znaczy. Więc czarna. Podobno zdrowsza, no to piję jej więcej. Co jeszcze ze zmian? Pewne rzeczy przestały mnie interesować, inne powinny zacząć. No i chyba najmniej ważne z tego wszystkiego, ale w jakiś sposób bardzo istotne: Diane, zacząłem nieśmiało śpiewać.

sołhirajemłansmor

To się musi skończyć. W przeciwnym wypadku skrzypce i strój błazna w pustym pokoju, materac na podłodze, parę plakatów na ścianach, wyjęta z futerału gonitwa za złudzeniem. To się musi skończyć. Już cię tu nie ma. Choć pewnie jesteś i będziesz. Dążmy zatem raczej do dużej ilości zasłon i firanek. Po trzech czerwonych stopniach ponownie w śnieg.