Zamknąłem ją w szklanym więzieniu. Wiem, że jej nie ma. Jednocześnie jest na tyle blisko, że czuję jak łopocze próbując się wydostać. Łopocze, to dobre określenie. Musi mieć jakąś ptasią postać. Coś jak dziobate maski noszone przez lekarzy w czasie dżumy plus skrzydła, bo przecież czymś łopotać trzeba. Ciemne barwy, krucze koniecznie. Nie odleci, nie wzbije się do lotu, bo szklane więzienie jest wielkości pudełka na buty. Nie ucieknie, będzie blisko. Jest nie będąc. Póki co. Radujmy się więc z chwilowo odzyskanej równowagi, bo nigdy nie wiemy kiedy znów runiemy po spiralnych schodach. W dół. Można w ogóle runąć do góry?