Stałem na przystanku i próbowałem doszukać się prawdziwości. Nie prawdy, bo tę oferują nam na każdym kroku i tyle ma ona wspólnego z prawdziwością, co kość z ością. Szukałem we wszystkim i w każdym. Nie znalazłem jej w zamarzniętych szybach przystankowej wiaty. Nie znalazłem w twarzach lalek do dymania spieszących na drugą lekcję. Zmęczone spojrzenia szarych ludzi – tam też jej nie było. Serce mi drgnęło i ożywiłem się, ożyłem nawet, na widok uśmiechu kobiety z przystanku na przeciwko. Uśmiechała się czytając coś w swoim mądrym telefonie, zapewne wiadomość od kogoś bliskiego, to było prawie to. Prawie, bo jednak ten telefon, powinna uśmiechać się do wspomnienia, a nie… W tramwaju to samo, czyli nic albo prawda. W okolicy mojego dawnego liceum zauważyłem nauczyciela języka polskiego, który pewnego razu nie przepuścił mnie z trzeciej klasy do czwartej. Chyba dlatego, że umiałem czytać i podobno pisać.Być może przeczuwał po prostu, że stać mnie na więcej i powinienem się jeszcze trochę nad sobą pozastanawiać. Mógł mieć rację. Mógł być prawdziwością. Za chwilę „spierdalaj, kurwa, nic nie mów” rzucone w przerwie między utworami przez męską część pijackiej pary. To już bardziej podchodziło pod prawdę. W urzędzie załatwiam sprawę podejrzanie gładko. Pani, którą zapamiętałem z krótkiego szkolenia jako niespecjalnie miłą, podejrzanie miła. Jeszcze chwila i zaprosi mnie na obiad, pomyślałem. Kość czy ość?