W tym wieku motyle w brzuchu się nie pojawiają. Ich miejsce zastępują samoloty. Z głodu.
Miesiąc: Kwiecień 2018
2029
Wieczór. Deszcz. Światła miasta. Dwie umundurowane w plastik postaciE pochylają się nad ciałem.
– Żyje?
– Nie, żyje.
– Przyczyna?
– Najprawdopodobniej do jego płuc dostał się zielony atrament. Wszystko wskazuje też na to, że cierpiał na niedobór silikonu.
– Mhm. Spójrz na to… Wystaje z jego uszu.
– Wygląda na prymitywne narzędzie do odgradzania się od rzeczywistości.
– To by tłumaczyło, że w miejscu na jego chip profilowy pojawiło się zaćmienie słońca.
– Biedny sukinsyn. Patrz, nawet nie miał nadwagi.
– Tjaaa… Idziemy na coś duszonego?
Odjazd kamery. Blackout.
spa-cer
Sentymentalna wycieczka na stare śmieci, którą funduję sobie co jakiś czas, upewnia mnie, że wszystko jest na swoim miejscu. Bloki odświeżone, kwietniki rozpierdzielone jak w ejtis drzewiej bywało, place zabaw zlikwidowane na rzecz miejsc parkingowych, a w każdą możliwą i niemożliwą wolną przestrzeń poupychano nowe apartamentowce. Stare sklepy albo zamknięte na głucho, albo do wynajęcia. Przyszło nowe. Park na wzgórzu nienaruszony na szczęście. Pierwsze ciepłe dni wyglądają tu od dekad tak samo. Młode matki z małymi dziećmi w zielonej trawie. Babcie z trochę większymi wnukami na szarym asfalcie alejek. Na jednej ławce opala się pan w samych spodenkach. Na innej ławce w cieniu śpi pan, obok stoi pusta butelka. Dziewczyny liżą lody a ja próbuję zapanować nad biologią. Chłopcy odważnie palą papierosy. Widok na koniec miasta jakby trochę zabudowany. Wszystko to napawa mnie na przemian to spokojem, to znowu zajebiście przeszywającym uczuciem niesprecyzowanej tęsknoty. Park nagle robi się jesienny. Potem znów wychodzi słońce. I tak będzie już właściwie aż do powrotu do domu. Wygląda na to, że wszystko jest na swoim miejscu, mimo że nadal boję się jeździć samochodem, nadal nie mam taty, nadal nie mogę uwierzyć że wystawiam jakieś faktury i podpisuję jakieś umowy, nadal mój syn staje się nastolatkiem. Co prawda szpital w którym zmarł mijałem jakąś godzinę wcześniej, ale łzy pojawiają się w oczach bez ostrzeżenia dopiero teraz. Mrugam, bo chcę się przyjrzeć dziewczynie która nadchodzi z przeciwka.
SKASUJ BLOGA
Się dzieje się dużo. Zakręcenie, zakręty, zakrętasy, skręt nawet. Najlepszym momentem na niewielki remont w domu jest początek tak zwanego sezonu w pracy. Nie wiem jak się nazywam i co robię. Nie pomagają w tym moje obsesje, nałogi i fobie. Wczoraj pilotem do samochodu chciałem sobie otworzyć drzwi do jednej klatki schodowej. Inne drzwi otwierałem już po bożemu, wpisując kod. I zupełnie nie przeszkadzało mi to, że były otwarte na oścież, nawet podparte czymś żeby się nie zamykały. Pomyliłem też mojego kolegę z jakimś obcokrajowcem, chociaż stali jakieś dziesięć metrów od siebie. Nawet mnie nie tknęło, że obcokrajowiec siedzi w samochodzie jakby całkiem nie mojego kolegi. Nieważne. Od tygodnia albo i lepiej próbuję sobie przypomnieć dwa wyrazy z zakrętki soku tymbark. Dwa. I nie mogę. Było to coś w stylu „ryzykujesz – wygrywasz”, ale głowy nie dam sobie uciąć. Nawet jakbym dał, to by nie odpadła, pękła by jak przekuty balon po prostu. Albo uleciała z głośnym „pfffftrrrrrrrffffff…”. Ryzykuję wiele, ale zwycięstw nie odnotowałem. Ryzykuję za każdym razem kiedy siadam za kółkiem. O borze sosnowy, czegóż ja nie odpierdalam… Powinienem mieć samochód w kształcie zielonego liścia klonu. Zaryzykowałem i kupiłem nową gitarę… Bo tak chciała sinusoida. Chyba kocham tą nową. Płyta… Czekam na ryki. Kto ma się dowiedzieć, dowie się. Bum!