Low-L

Wychodzę do samochodu po wilgotne chusteczki, ale samochodu nie ma. Uświadamiam sobie, że przecież specjalnie zostawiłem go pod blokiem, żeby w „pracy” w spokoju ściągnąć kilka machów marihuany. To by tłumaczyło uśmiech tej wielkiej żaby. Wracam swoim skrótem, bo jakżeby inaczej. Wiosna eksploduje mi prosto w nos. Mijam ze dwa ucieleśnienia wszelkich niemożliwych tęsknot. Śmieję się prawie na głos, bo przecież wszystko jest takie, jakby ktoś mi to podstawiał pod nos, jakbym był wystawiany na jakąś próbę. Dzień czy dwa później jestem na rozmowie w sprawie pracy. Pierwszej od chyba czternastu lat. W zasadzie ustawionej, ale na miejscu i tak okazuje się, że pani dyrektor (młodsza ode mnie) pomyliła terminy. Ależ nie gniewam się, przydaje się też moja wrodzona punktualność. Jestem parę minut przed czasem, a mietek w którego miejsce wskakuję się spóźnia. Coś z tego będzie, być może otwiera się przede mną jakiś czas względnego spokoju i stabilizacji, zwłaszcza mam nadzieję umysłowej. Ale nie uprzedzajmy faktów.

khem khem

Nie wiem… Co się dzieje/będzie? Szczerze powiedziawszy myślałem, że to depresja, te wszystkie poranne imadła cielesne. Ale czy depresji towarzyszą żółte wydzieliny z nosa i bąble w gardle? I ból wywoływany ruchami języka i przełykaniem? Nie sądzę. I tak już chyba od trzech tygodni. Może to alergia, może przydałaby się wizyta u laryngologa… Tyle, że nie mam czasu. Niewiele robię, ale czasu jakby nie przybywało. A może to skutki uboczne niedawnego procesu oczyszczania organizmu, któremu poddaliśmy się całą rodziną? Wiem coraz mniej. Z rzeczy namacalnych, to będą niedługo się działy ciekawe rzeczy na tle zawodowym. Chyba. Oby. Nie napiszę nic więcej, żeby nie zapeszyć. Ale coś się musi zmienić, bo w chwili obecnej cieszę się z własnych niepowodzeń, po prostu uświadomiłem sobie, że chcę zatopić ten okręt. I zrobię to i robię, z przyjemnością.

dumd

Świat jest źle skonstruowany. Wiatr nie powinien grać na biurowcach, za to naszym porankom powinny towarzyszyć długie dźwięki fortepianów. Fortepian dla każdego!

Przez chwilę wydawało mi się, że to ja wydzielam taki dziwny zapach, ale nie, to soczewica.

uku leje

Aha, już wiem. To wszystko dlatego, że boję się wykonywania zawodu. Stąd ten galop wewnątrzczaszkowy, stąd ciężarówka na piersi rankiem, nocą płonący krzew w przełyku. Wszystko jasne. I żyj tu dalej, i pracuj, i przyznaj się bliskim, że tak naprawdę to boisz się, nie masz pojęcia co robić, najchętniej pierdolnąłbyś tym wszystkim i wydupcył gdzieś w góry lasy i zajął się pisaniem wierszy i rzeźbieniem kogutków. Już słyszysz ich głosy: „ale to przecież ojcowizna, tradycja, przeznaczenie, tata jakoś dawał radę choć też było mu ciężko”. Cóż, z pewnością ciężko było, ale z drugiej strony ojciec był jednym z prekursorów tej branży, jego działalność rozwijała się wraz z rynkiem w naszym kraju. Ciężko owszem było, ale w żadnym wypadku nie można powiedzieć, że tata był rzucony na głęboką wodę, bo kiedy zaczynał działać, ta woda była co najwyżej dziecięcym basenikiem ustawionym pośród słonecznego ogrodu niewinności i nieświadomości. Ja zostałem wyrwany ze swojej strefy komfortu i przemocą wsadzony do przedziurawionej szalupy, bez koła ratunkowego, za to z jednym złamanym wiosłem. Użalam się nad sobą, wiem, skarżę, ubolewam i rozczulam. Nie lubię tego i nie lubię, gdy ktoś wyrzyguje mi przy jakiejś okazji swoje smutki. W takiej sytuacji zawsze grzecznie wysłuchuję, kiwam głową, rzucam parę wyświechtanych słów otuchy, ale w duchu sobie myślę „O czym ty kurwa pierdolisz, co ty masz za zmartwienia? Odziedziczyłeś firmę/dom/spadek i niby ci źle, nie wiesz co z tym zrobić?”. Także ten. Nie lubię takiego gadania. Tyle, że to siedzi we mnie, wcale nie tak znowu głęboko. I nie daje spokojnie funkcjonować. I tak naprawdę nie mam komu o tym wszystkim powiedzieć. Tak więc, no cóż. Ulało się.

Skrót pana D.

Jest takie opowiadanie Stephena Kinga – „Skrót pani Todd”. Tytułowa starsza kobieta znalazła w swojej okolicy skuśkę przez las, z której korzystanie wpływało w jakiś sposób na rzeczywistość. Być może zakrzywiał się czas, może przenikały się wymiary, trudno powiedzieć. Nie pamiętam już dokładnie, muszę je sobie koniecznie odświeżyć, ale wydaje mi się, że pani Todd korzystając z odkrytego przez siebie skrótu stawała się jakby odrobinę młodsza. Nie było to jakoś bardzo wyraźne,  niemniej zachodziły w niej ledwo uchwytne zmiany. Ja znalazłem taki skrót łączący miejsce mojej pracy z okolicą w której dorastałem. Idąc nim staję się nieco młodszy, za każdym razem też tracę niewielką ilość szarych komórek.

Nie są.

Poranny tramwaj wypełniony linijkami zamiast ust. Lato na wybiegach. Mniej lub bardziej spodziewanie otwierają się portale. Odpalam więc sowę, trzeba wrócić przez dziecięcy las.

Gumę Turbo. Czarną.

W tej bajce byłem wilkiem. Nieistotne, bo tego już nie ma. Jest zupełnie nowe, najnowsze-stare. To zawsze jest zabawne, przynajmniej dopóki komuś nie stanie się krzywda. Odnawia się w pękniętym uśmiechu, kiedy na przykład myślę o tobie. Przez cały czas w sumie. Zachmurzyło się i mam nadzieję, że będzie padać. Mniej wtedy kształtów, mniej kolorów. Choć istnieje ryzyko, że w którejś kałuży odbije się spód mostu.

Balonstwo

I kto tu kogo robi w balona? Czy te w które się dmucha też są czerwone? Bo tego koloru brakuje w krajobrazie światopoglądowym. Wlej, nie włączaj, bo bo jest le. Piej. Być może właśnie balony. Może to te transportujące świeczki? Może doleciały? Życzeń nie pamiętam, broni nie składam. Kiedyś składałem modele, ale kiepsko mi szło. Całe były upaćkane od kleju i nierówne. Ale i tak sprawiało mi to dużą przyjemność. RWD5 Bis, Łoś, Ił-2 M3. Żadnego nigdy nie pomalowałem. Może kiedyś jeszcze je złożę i machnę je wszystkie na czerwono.

puaaa

amb eer

Pomarańczowe bąble. Odrobina rybnej perspektywy. Skoro zatykam nos, to więcej powietrza czerpię ustami. Suche podniebienie. W niebie być może trochę bardziej wilgotno. W środku sierpnia kładę się krzyżem na jezdni. Cała Droga Mleczna świadkiem wymacania torów. Szyna w jednej ręce, szyna w drugiej. Nie drżą.