Wychodzę do samochodu po wilgotne chusteczki, ale samochodu nie ma. Uświadamiam sobie, że przecież specjalnie zostawiłem go pod blokiem, żeby w „pracy” w spokoju ściągnąć kilka machów marihuany. To by tłumaczyło uśmiech tej wielkiej żaby. Wracam swoim skrótem, bo jakżeby inaczej. Wiosna eksploduje mi prosto w nos. Mijam ze dwa ucieleśnienia wszelkich niemożliwych tęsknot. Śmieję się prawie na głos, bo przecież wszystko jest takie, jakby ktoś mi to podstawiał pod nos, jakbym był wystawiany na jakąś próbę. Dzień czy dwa później jestem na rozmowie w sprawie pracy. Pierwszej od chyba czternastu lat. W zasadzie ustawionej, ale na miejscu i tak okazuje się, że pani dyrektor (młodsza ode mnie) pomyliła terminy. Ależ nie gniewam się, przydaje się też moja wrodzona punktualność. Jestem parę minut przed czasem, a mietek w którego miejsce wskakuję się spóźnia. Coś z tego będzie, być może otwiera się przede mną jakiś czas względnego spokoju i stabilizacji, zwłaszcza mam nadzieję umysłowej. Ale nie uprzedzajmy faktów.