juści

Rozdanie świadectw, całkiem inna aura. Jak co roku to ja idę z młodym, choć wydaje mi się to trochę dziwne, bo nie przypominam sobie, żeby przy moich zakończeniach roku szkolnego towarzyszyło mi któreś z rodziców. W dodatku wymaga się ode mnie robienia zdjęć, a ja nie cierpię tego robić. Nie lubię do nich pozować, nie lubię publicznie fotografować. Wszystkie miejsca, w których ludzie najczęściej robią zdjęcia, kojarzą mi się z czymś, co trzeba jak najszybciej opuścić, postać chwilę, przyglądnąć się, zapamiętać po swojemu i odejść, zwolnić miejsce, które za chwilę ktoś wypełni na nowo. Z aparatem w dłoni. Nie odczuwam swoich wakacji, odkąd nie palę. Czyli już tak z piętnaście lat. Rzecz nawet nie w samych papierosach, co raczej w tym, że wtedy mogłem zatrzymać się parę razy w ciągu dnia, pomyśleć, poobserwować kółka z dymu, wypalić spokojnie do końca, coś poczuć, coś dostrzec. Teraz, nawet gdybym nadal trzymał się tego nałogu, pewnie musiałbym wychodzić na balkon, nerwowo ściągać kilka machów, koniecznie trzymając papierosa kciukiem i palcem wskazującym, jak jakiś chłop na wietrznej budowie, po czym połowę kiepa dusić w jakimś słoiczku. Więc bez sensu. Pamiętam też, że w pierwszych letnich dniach pewna speluna w naszej dzielnicy wystawiała na zewnątrz kilka stołów z parasolami, powstawał tak zwany ogródek. Wtedy wiedzieliśmy, że to już, wakacje, a pierwsze piwo miało charakter wręcz rytualny. Dzisiaj stoi tam foodtruck, a widok ogródków knajpianych nie dziwi nawet w zimie. Tylko zasiąść w nich, tak, z tym jest znacznie trudniej. 

Dodaj komentarz