Diane, czy pisałem Ci o miejscu, w którym chciałbym spędzić ostatnie lata swojego życia? Mam wrażenie, że tak. Coraz częściej wydaje mi się, że już o czymś wspominałem tutaj, lub na łamach jakiegoś innego swojego wcielenia, lecz nie mam czasu ani ochoty grzebać w archiwum. Może pomogłoby tagowanie wpisów? Z tym że tagi wydają mi się czymś totalnie frajerskim, nie wiem, może sprawdzają się na blogach kulinarnych, albo dotyczących jakiejś konkretnej działalności, ale tutaj? Jakoś tak nie na miejscu. Nieważne. Diane, jeżeli dożyję wieku emerytalnego i jeżeli będzie mnie wtedy stać na czynsz i podstawowe potrzeby życiowe, to zamieszkam na osiedlu które mieści się w parku tuż obok mojego prywatnego skrótu. Piszę „zamieszkam”, bo coś mi mówi, że kiedyś zostanę sam. Nie pytaj dlaczego, po prostu takie mam przeczucie. Jest w tej okolicy jakiś mistyczny magnetyzm, nawet mój syn to poczuł, kiedy pierwszy raz zabrałem go tam na spacer. Potem był chory, że musiał wracać do swojego bloku, nomen omen też przylegającego do parku, tylko innego. Ostatnio często tamtędy chodzę. Wiem już, na której ławce będę przesiadywał w pogodne dni. Będę sobie siedział, niezauważalny dla świata, niedostrzegający innych. Być może będę coś popijał, albo też popalał. Tak jak ten starszy pan, który siedział tam ostatnio i palił papierosa w zwolnionym tempie. O, dokładnie o tym marzę, o zwolnionym tempie.
Miesiąc: Sierpień 2018
hejho i hohosz
W przeddzień wyjazdu z wakacji spotkałem w sklepie kolegę… wróć – znajomego z pracy. Z nowej pracy, którą zaczynam z początkiem września. Choćbyś nie wiem jak bardzo próbował uciec od życia, choć na chwilę, ono zawsze się o ciebie upomni… Tak, zgadza się, idę do normalnej (no, powiedzmy), uczciwej (wszystko na to wskazuje) roboty. I cieszę się, bo gad only nołs jak bardzo potrzebowałem zmiany i psychicznego odciążenia, i dupa mi się trochę marszczy. Bo co zrobię, jak za parę miesięcy moje odkręcenie da o sobie znać i stwierdzę, że w sumie to nie bardzo, nie tam, nie chcę, nie z nimi? Cóż, chyba najlepiej będzie martwić się tym kiedy indziej. Póki co przepełniony jestem raczej hurraoptymizmem, być może dlatego, że mam jeszcze w zapasie te niecałe dwa tygodnie.
autor-K
wymyśliliśmy siebie nawzajem
list niewysłany, zawarłem w nim wszystko
gdybym faktycznie zaczął go pisać
nie znalazłbym słów, natchnienie prysło
List do autora
Drogi Opowiadaczu, przebrnąłem przez Twoje najnowsze dzieło. Towarzyszysz mi przez całe życie, tak więc ciężko mi Cię krytykować. Myślę, że sam zdajesz sobie sprawę, że ostatnią naprawdę dobrą książkę napisałeś prawie trzydzieści lat temu, więc darujmy sobie oceny i analizy. Zresztą, po co? Dzisiejszy świat wszystko rozkłada na czynniki pierwsze, a mnie chyba dobrze wychodzi stanie obok. Chciałem tylko napisać, że nadal potrafisz sprawić, że człowiek z reguły usypiający po czterech stronach tym razem połyka ich trzysta dziennie. I że zastanawiam się kto mi będzie kiedyś opowiadać historie. Mam nadzieję, że nie uśmierciłem Cię swoimi myślami, tak jak to było w przypadku paru innych sławnych osób. W sumie byłby to niezły materiał na jedną z Twoich książek.
goo
Johnny Rzezniku
silikonowy zawodniku
Może byś Damian…
Byle 3,14 ej! uciekać jakiś czas temu kupiłem sobie rower. Pierwszy od czasów nastoletnich. Do jazdy na rowerze na długie lata zniechęciło mnie kilka rzeczy. Po pierwsze, byłem grubawy i nie miałem kondycji, więc wkurzało mnie to, że pod górę wyprzedzali mnie emeryci którzy w swoich jednośladach nie mieli nawet przerzutek. Po drugie, mój ostatni rower jeszcze pachniał nowością, kiedy to spektakularnie się na nim wygrzmociłem. Potem musiałem stać obok bladego z wściekłości ojca i obserwować, jak robi karczemną awanturę obsłudze sklepu sportowego. W sumie po części to była jego wina, po zakupie nie sprawdził czy przednie koło w ogóle jest dokręcone… No, ale taki był tata. Na rowerze ze mną nie jeździł, w piłkę nie pograł, w ogóle jakby go nie było. Po trzecie, raz pożyczyłem rower bratu, żeby sobie na nim wrócił od nas do swojego domu. I tyle go widziałem, to znaczy rower, nie brata. Podobno mu go ukradli pod jakimś sklepem. Być może, ale mam wrażenie, że brat już wtedy miał problemy z piciem. No, ale taki jest brat. Enyłej – poza paroma jednorazowymi przypadkami na rowerze nie jeździłem przez ponad dwadzieścia lat. Do momentu w którym poczułem niesprecyzowaną potrzebę jeżdżenia. I mam wrażenie, że z każdym przejechanym kilometrem staję się odrobinę normalniejszy.
tama
tam to nie ja
tam tonie ja
Borostwory
Milczę na wiele sposobów bo tym razem włączył mi się tryb leśnego dziadka. Znowu tu jestem i do kupy potrafię zebrać jedynie wrażenia towarzyszące przyglądaniu się mchom na kamieniach, iglastym gałęziom, rybom sunącym tuż pod powierzchnią wody… Staję się Piołunem, czy innym Bieluniem, najchętniej przez bite dwa tygodnie chodziłbym w uciętych bojówkach w panterkę i w zielonych koszulach. Słuchałbym tylko wczesnego Burzum, ale to do niczego dobrego nie prowadzi. Zresztą już mam wrażenie, że na mój widok matki nad rzeką nerwowo zamykają samochody, bo przecież nad rzekę trzeba samochodem. Tuż pod tym wszystkim, zaraz pod zachwytem i zawieszeniem, pod oniryzmem i manieryzmem, jak zawsze czai się smutek. Bo nie ma już tej starej szopy z plamą białej farby w kształcie ducha na drzwiach. Bo pomiędzy moje korzenie i listowie jak zawsze wplątują się przewody i cewki. Bo on ma astmę i nigdy nie dorówna tym chłopakom na boisku. Bo zaśniemy zamiast tańczyć wokół ogniska. No, cóż… Ale.