Borostwory

Milczę na wiele sposobów bo tym razem włączył mi się tryb leśnego dziadka. Znowu tu jestem i do kupy potrafię zebrać jedynie wrażenia towarzyszące przyglądaniu się mchom na kamieniach, iglastym gałęziom, rybom sunącym tuż pod powierzchnią wody… Staję się Piołunem, czy innym Bieluniem, najchętniej przez bite dwa tygodnie chodziłbym w uciętych bojówkach w panterkę i w zielonych koszulach. Słuchałbym tylko wczesnego Burzum, ale to do niczego dobrego nie prowadzi. Zresztą już mam wrażenie, że na mój widok matki nad rzeką nerwowo zamykają samochody, bo przecież nad rzekę trzeba samochodem. Tuż pod tym wszystkim, zaraz pod zachwytem i zawieszeniem, pod oniryzmem i manieryzmem, jak zawsze czai się smutek. Bo nie ma już tej starej szopy z plamą białej farby w kształcie ducha na drzwiach. Bo pomiędzy moje korzenie i listowie jak zawsze wplątują się przewody i cewki. Bo on ma astmę i nigdy nie dorówna tym chłopakom na boisku. Bo zaśniemy zamiast tańczyć wokół ogniska. No, cóż… Ale.

Dodaj komentarz