Byle 3,14 ej! uciekać jakiś czas temu kupiłem sobie rower. Pierwszy od czasów nastoletnich. Do jazdy na rowerze na długie lata zniechęciło mnie kilka rzeczy. Po pierwsze, byłem grubawy i nie miałem kondycji, więc wkurzało mnie to, że pod górę wyprzedzali mnie emeryci którzy w swoich jednośladach nie mieli nawet przerzutek. Po drugie, mój ostatni rower jeszcze pachniał nowością, kiedy to spektakularnie się na nim wygrzmociłem. Potem musiałem stać obok bladego z wściekłości ojca i obserwować, jak robi karczemną awanturę obsłudze sklepu sportowego. W sumie po części to była jego wina, po zakupie nie sprawdził czy przednie koło w ogóle jest dokręcone… No, ale taki był tata. Na rowerze ze mną nie jeździł, w piłkę nie pograł, w ogóle jakby go nie było. Po trzecie, raz pożyczyłem rower bratu, żeby sobie na nim wrócił od nas do swojego domu. I tyle go widziałem, to znaczy rower, nie brata. Podobno mu go ukradli pod jakimś sklepem. Być może, ale mam wrażenie, że brat już wtedy miał problemy z piciem. No, ale taki jest brat. Enyłej – poza paroma jednorazowymi przypadkami na rowerze nie jeździłem przez ponad dwadzieścia lat. Do momentu w którym poczułem niesprecyzowaną potrzebę jeżdżenia. I mam wrażenie, że z każdym przejechanym kilometrem staję się odrobinę normalniejszy.