dżo

Pierwszy dzień w poprzedniej pracy skończył się zamieszkami na rynku pewnego miasta. Przeżyłem deszcz kamieni, jajek, butelek i co tam jeszcze kto miał pod ręką. Pierwszego dnia w nowej pracy  pokłóciła się przy mnie i przy wszystkich znajoma mi ex-para. Ale tak fest, z darciem ryja w rodzaju „ty się nadajesz tylko do wciągania proszku”, „a ty się nadajesz tylko do ciągnięcia kutasów”. Cóż, całe życie z wariatami, nie może być normalnie, skoro i branża raczej z tych niecodziennych. Mimo wszystko biorę to za dobrą monetę, czuję się naznaczony. Po zamieszkach wytrzymałem jakoś kilkanaście lat, może i tym razem jakoś to będzie. 

Z rzeczy przyziemnych, acz przyjemnych – przestawiłem się na yerbę. Daleki jestem od hipsterskich uniesień, zresztą piłem ją zanim to było modne, po amatorsku, normalnie z kubka, wrzątkiem po chamsku i przez sito. Potem przyszedł Cejrowski i szał na bombille i tykwy, a ja wyszedłem. Nieświadomie, ja naprawdę nie jestem taki anty i w ogóle undergroundowy, że jak coś się robi popularne, to ja wtedy dziękuję bardzo. Ej, byłem na koncercie Stinga, okey? A pomiędzy awangardą i grind corem mam w swoim odtwarzaczu Def Leppard i Phila Collinsa. Piję yerbę, bo wszystko wskazuje na to, że nabawiłem się refluksu żołądka. Kawa wylądowała na ławce rezerwowych. A tykwę można zalewać, zalewać, zalewać… Czuję się lepiej.

Częściej śpię, nie zostawiam po sobie chemtrailsów, jestem lepszy i ładniejszy. Nocami jednak… Ha, to inna historia. Owijam szczelnie ciało kołdrą, łącznie z głową. Tylko twarz zostawiam nieprzykrytą. Wszystko dlatego, bo boję się, że moje myśli zmaterializują się i wyświetlą na ścianie naszej sypialni film. Przykre, nowoczesne kino, nafaszerowane wspomnieniami i skokami czasowymi. No, dobra, być może coś jest ze mną nie tak, może trzeba by się udać do specjalisty. Nie wiem czy to normalne, ale pomaga… zasnąć przynajmniej. Azyl pierwszej miłości, lazaret utraconej młodości. Zalewam. Zaraz wychodzę.

si ti

Musiałem pojechać do apteki, do ścisłego centrum. To rejon do którego nigdy nie zapuszczam się samochodem, nie umiem tam jeździć. Strefy, zakazy, nakazy, objazdy, przerażające tramwaje, brak miejsc do parkowania. To ostatnie jest najgorsze, ja po prostu nie potrafię tego robić, na miejsce jakoś jeszcze dojadę, ale specjalnie dla mnie ktoś powinien wymyślić pojazd który dematerializowałby się zaraz po jego opuszczeniu. Tak więc komunikacja miejska, słuchawki, tak jak lubię. Trochę trzeba podejść na nogach, bo dalej tramwaje nie jeżdżą. Nie znam przyczyny, coś gdzieś przebudowują, ale co i gdzie – nie mam pojęcia. Moje miasto ma sporo miejsc, które odwiedzam tak rzadko, jak tylko mogę, między innymi właśnie śródmieście. Ma też takie dzielnice w których albo nigdy nie byłem, albo byłem dosłownie raz-dwa razy w życiu. Nie znam, nie bywam, nie mam potrzeby. Śródmieście, z jego rynkiem (Rynkiem?), pubami i całym tym stuffem odwiedzałem częściej za młodu, ale nawet wtedy nigdy nie czułem się tu swobodnie. Od czasu mojego wycofania się z życia (chyba poprawna tego nazwa to dorosłość) bywam tu naprawdę od wielkiego dzwonu. I za każdym razem utwierdzam się w przekonaniu, że od jakiegoś czasu nie jest to już moje miasto. Tłumy turystów. Przypływ studentów. Zakochane pary. Miejsca do których nie potrafiłbym wejść, a nawet jak już by mi się udało, to nie umiałbym niczego zamówić. Młodzież szukająca chuj wi czego, czegoś czego nigdy nie znajdzie, ale póki co szczęśliwa i tkwiąca w błogiej nieświadomości. Tymczasem gdzieś tam za rogiem, tuż tuż czai się życie, a ja jestem jego wysłannikiem. Będąc w ich wieku patrzyłem na takich jak ja podobnym niewidzącym wzrokiem. Nie rejestrowałem niewidzialnych. Jakiś facet, chłop, dorosły. Tak tak. Nikogo nie oszukam moim względnie młodym wyglądem i brakiem czapki z żółwia, wąsów i parasola. Niewidzące spojrzenia tylko to potwierdzają. Nie ma mnie, nie będę, nie przeniknę do ich świata. Dobra płyta w słuchawkach zmienia się w jeszcze lepszą. Idę. To miasto nie jest moje. 

narc i aż yzm

Tak się zastanawiam… Czy gdy podczas słuchania własnych dźwięków na moim ciele pojawia się gęsia skórka, innymi słowy przechodzą mnie tak zwane ciary, to jest to jakąś odmianą samouwielbienia, czy może czymś jeszcze gorszym? Albo wręcz przeciwnie, czymś pozytywnym lub nieistotnym? 

kwinto

Na Croma, dawno nie czułem takiej ulgi po przebudzeniu. Śniło mi się, że razem z moim przełożonym i jeszcze z jednym kolegą dokonaliśmy skoku na skarbiec znajdujący się na Wawelu. Nie mam pojęcia, czy poza eksponatami muzealnymi są tam rzeczywiście jakieś skarby, w każdym razie ukradliśmy je w najlepszym filmowym stylu, znanym z takich obrazów jak Vabank, czy inne Ocean’s Eleven. Sen był tak realistyczny, że wyrzuty sumienia które mu towarzyszyły o mało co mnie nie zabiły. Nie bardzo wierzę w senniki i inne horoskopy, ale dla jaj sprawdziłem sobie znaczenie tego w sumie koszmaru w internecie. Według jednego serwisu „sen o kradzieży oznacza problemy z własną tożsamością (HEHE), cierpienie z powodu jakichś strat w życiu lub niesprawiedliwe traktowanie”. Według innego „w przypadku gdy sen był koszmarem zagrożony jest twój stosunek do rzeczywistości. Kradzież z włamaniem oznacza akt przemocy przeciwko Twojej nieświadomości, która chce bronić Twojej psychiki. Śnić o kradzieży: łatwy zysk który szybko” – pisownia oryginalna, tak więc nie wiem niestety który co szybko. W każdym razie ulga, którą poczułem gdy wyrwałem się temu snu w środku nocy, była nie do opisania. Później przyśniła mi się siostra mojej żony, z którą się całowałem. Ciekawe, co na to senniki. Może to akt przemocy przeciwko mojej świadomości, która nie chce bronić mojej psychiki? A może to łatwa strata, która wolno? Co ciekawe, wyrzutów sumienia w tym śnie jakoś nie odnotowałem.

wrze

Diane… Nie wiem. Coś tam niby do mnie dociera, ale głowa dmuchawcem. W jednej chwili wszystkie myśli poukładanie jak w japońskich ogrodach, ale wystarczy dmuchnąć. Czasami jestem wzywany. Mam wrażenie, że ktoś woła mnie poprzez te rzadkie chwile zapału i natchnienia. Łapaj, trzymaj.