Musiałem pojechać do apteki, do ścisłego centrum. To rejon do którego nigdy nie zapuszczam się samochodem, nie umiem tam jeździć. Strefy, zakazy, nakazy, objazdy, przerażające tramwaje, brak miejsc do parkowania. To ostatnie jest najgorsze, ja po prostu nie potrafię tego robić, na miejsce jakoś jeszcze dojadę, ale specjalnie dla mnie ktoś powinien wymyślić pojazd który dematerializowałby się zaraz po jego opuszczeniu. Tak więc komunikacja miejska, słuchawki, tak jak lubię. Trochę trzeba podejść na nogach, bo dalej tramwaje nie jeżdżą. Nie znam przyczyny, coś gdzieś przebudowują, ale co i gdzie – nie mam pojęcia. Moje miasto ma sporo miejsc, które odwiedzam tak rzadko, jak tylko mogę, między innymi właśnie śródmieście. Ma też takie dzielnice w których albo nigdy nie byłem, albo byłem dosłownie raz-dwa razy w życiu. Nie znam, nie bywam, nie mam potrzeby. Śródmieście, z jego rynkiem (Rynkiem?), pubami i całym tym stuffem odwiedzałem częściej za młodu, ale nawet wtedy nigdy nie czułem się tu swobodnie. Od czasu mojego wycofania się z życia (chyba poprawna tego nazwa to dorosłość) bywam tu naprawdę od wielkiego dzwonu. I za każdym razem utwierdzam się w przekonaniu, że od jakiegoś czasu nie jest to już moje miasto. Tłumy turystów. Przypływ studentów. Zakochane pary. Miejsca do których nie potrafiłbym wejść, a nawet jak już by mi się udało, to nie umiałbym niczego zamówić. Młodzież szukająca chuj wi czego, czegoś czego nigdy nie znajdzie, ale póki co szczęśliwa i tkwiąca w błogiej nieświadomości. Tymczasem gdzieś tam za rogiem, tuż tuż czai się życie, a ja jestem jego wysłannikiem. Będąc w ich wieku patrzyłem na takich jak ja podobnym niewidzącym wzrokiem. Nie rejestrowałem niewidzialnych. Jakiś facet, chłop, dorosły. Tak tak. Nikogo nie oszukam moim względnie młodym wyglądem i brakiem czapki z żółwia, wąsów i parasola. Niewidzące spojrzenia tylko to potwierdzają. Nie ma mnie, nie będę, nie przeniknę do ich świata. Dobra płyta w słuchawkach zmienia się w jeszcze lepszą. Idę. To miasto nie jest moje.