Poproszę pięć saren

Nie do wiary, ale w parku położonym niemalże w samym centrum tego pierdolonego smogowego miasta widziałem pięć saren. Przecięły mi drogę i zatrzymały się na chwilę może 10 metrów ode mnie. I tak staliśmy i obserwowaliśmy się spokojnie, a na mojej twarzy pojawił się uśmiech, który nie chciał zejść jeszcze przez jakiś czas.

Merry i Pippin

Chyba wchodzę w ten etap życia, w którym bardziej od nieśmiertelnego „Last Christmas” grupy Wham! irytują mnie gównoburze w internecie. Ale na szczycie listy jednak plasuje się wywieranie na mnie presji przy wigilijnym stole, abym może jednak zadzwonił z życzeniami do brata. W końcu on raz w roku jest trzeźwy, a ja jestem młodszy. Wesołych!

(Pewnie każdy już widział to zdjęcie, ale po pierwsze zmiażdżyło mnie ono, po drugie z netem jestem bardzo do tyłu ostatnio, po trzecie aj dont giw e fak).

Trippp

Diane, nie uda mi się wytłumaczyć swojej nieobecności. Mogę powiedzieć tylko tyle, że niebyt wcale nie różnie się wiele od odbytu. Pod wpływem różnych środków można zauważyć trochę więcej, niż bez nich. Na przykład dziewczynę poprawiającą coś w bucie, zastygłą przez chwilę w pozie lidera Jethro Tull. Albo robotników na którymś piętrze luksusowego apartamentowca, skulonych jak gargulce. Liść jak szczur, popychany przez wiatr. Wracam do domu przez często odwiedzaną niegdyś dzielnicę. Gubię drogę, choć to raptem kilkanaście bloków na krzyż, jeżeli nie liczyć luksusowych apartamentowców, w pobliże których nawet się nie zapuszczam. Chwilę wcześniej szukam apteki, nie mogę znaleźć, choć mijam ją kilkakrotnie. Przechodzę pod domem kiedyś często odwiedzanego kolegi. Domu który zapamiętałem już nie ma, w jego miejsce stoi luksusowy apartamentowiec. U kiedyś często odwiedzanego kolegi ciemno. Nie zatrzymuję się, idę dalej oddychającym mostem. Dochodzę do rozstaju, gdzie zakrzywia się czas. Po jednej stronie hala, w której pewien zespół promuje swoją trzecią płytę. Po drugiej galeria handlowa, w której piętnaście lat temu kupiłem zaręczynowy pierścionek, a za resztą która mi została sprawiłem sobie drugą płytę wspomnianego zespołu. Potem udałem się do domu kiedyś często odwiedzanego kolegi, ale nie do luksusowego apartamentowca. Postanawiam się w to nie zagłębiać, skręcam do parku. Po drodze sikam, strugą moczu próbuję coś napisać. Wychodzi mi logo blackmetalowego zespołu, albo wiązka chrustu, zależy z której strony patrzeć. Bez wspomagaczy też można zaobserwować ciekawe rzeczy. Rano mijam utykającą na jedną nogę młodą kobietę. Po południu utykającą na na drugą nogę starszą kobietę. Wieczorem faceta o kulach, a w aptece starszego pana z olbrzymią drzazgą w palcu. Mógłbym słuchać na przykład Rush, tak jak wtedy, gdy błądziłem po niegdyś często odwiedzanej dzielnicy, teraz pełnej luksusowych apartamentowców. Takie Jacob’s Ladder na przykład żywcem brzmi jak soundtrack do wychodzenia z depresji. Ale słucham raczej czegoś do wzruszania ramionami. I tak się zastanawiam, dlaczego każda wirtualna rozmowa musi się kończyć wysyłaniem zdjęć? Ja nie chcę, jestem niewyjściowy. Czy w okolicach czterdziestki te realne znajomości muszą sprowadzać się do dwóch telefonów w ciągu roku? Diane, jestem tym wszystkim bardzo zmęczony. Śniła mi się koleżanka z pracy. W tym śnie przytulała się do mnie i było to bardzo przyjemne, sto kilometrów od erotyki, po prostu bliskość i ciepło. I wiesz co? Męczy mnie to, że nie mogę jej o tym opowiedzieć. Że żyjemy w takich czasach, że takie wyznanie zostałoby źle odebrane, z miejsca zaklasyfikowane do niewłaściwej kategorii. A może czasy nie mają tu nic do tego, może bardziej chodzi o sposób myślenia który mamy narzucony. Śniłaś mi się, przytulałaś się do mnie i byłem szczęśliwy – automatycznie brzmi to POWAŻNIE, automatycznie coś to ze sobą niesie, a ja chciałbym o tym napomknąć jak o ciekawej książce którą ostatnio czytałem. No bo co innego można robić z książką? Swoją drogą to by było ciekawe, powiedzieć komuś „Hej, nie uwierzysz jaką zajebistą książkę ostatnio jadłem/tańczyłem/wąchałem/pocierałem o klatę”. Niepotrzebne skreślić. Chyba się odblokowałem.