Szpitalna klatka schodowa. Zimno, brudno, skądś czuć papierosami. Trzy lata temu, kiedy byliśmy tu ostatni raz, rozpoczął się remont oddziału. Trwa do dziś. Oddział niewiele większy od bloku w którym mieszkamy. W pokoju jedyne co nowe, to okna, z elegancko pozostawioną zaschnięta pianką wokół każdego z nich. O jedzeniu się nie wypowiadam, syn i tak nie może jeść niczego co jest serwowane. Dzieci które mogą, też nie jedzą. Jedna łazienka na chuj wi ile osób. Żona twierdzi, że dramat, ja w poprzedniej pracy lądowałem czasem w takich miejscach, w których komandos by się nie wykąpał, a trzeba było. Trzy łóżka szpitalne, troje dzieci plus troje dorosłych. Gdybym położył się na podłodze, nie byłoby przejścia. Co jakiś czas więc ta klatka schodowa, przynajmniej widać coś z okien. Szpital leży w ładnym miejscu, tym bardziej przygnębiające jest to, że nikt nie zadbał o to, żeby jakoś to wyglądało. Droga dojazdowa to krajobraz księżycowy. Lądowisko dla helikopterów jest jedynym względnie utrzymanym punktem w zasięgu wzroku, przynajmniej po tej stronie ogrodzenia. Uciekam wzrokiem dużo dalej i mniej więcej mogę sobie wyobrazić to, co muszą odczuwać więźniowie. Wieczorem zmienia mnie żona, wychodzę i łapczywie wciągam zanieczyszczone powietrze. Mijam miejsca w których nie tak dawno temu spędzałem wagary. Potrzebuję ich teraz, potrzebuję wagarów od życia. Niby nie jest to nic, czego nie przechodziliśmy wcześniej, ze wszystkim sobie świetnie radząc i w ogóle, ale czuję po prostu, że jestem starszy i zaczynam nie wyrabiać. Zużyłem się. Wracam do domu, próbuję tu coś napisać, ale myśli uciekają zanim zdążę sklecić choćby jedno zdanie. Coś mi się ubzdurało o innym mieście i moich dziwnych przygodach w nim swego czasu, ale już kompletnie nie pamiętam jaki to miało związek z obecną sytuacją. Już tego nie złapię, nieuchwytne. Jak każdego wieczoru w tym tygodniu po kolacji coś oglądam i upijam się przy tym dwoma piwami. Żeby nie myśleć i jakoś zasnąć. Nie umiem mieszkać sam, choć tak często marzę o tym na co dzień.
Miesiąc: Luty 2019
szpitalnie
Szpital, nie? Potrafi nas wymiksować z gry machinalnie. Sprawia, że wszystko wokół nas wraca na swoje miejsce. A my sami odnajdujemy własne miejsce w szeregu. Jakieś nasze ewentualne żale, zapędy, tęsknoty, żądania, roszczenia… Jebać to. Maczetami. Pozwólcie mi codziennie gotować obiad i sprawdzać zadania domowe. Dajcie mi znowu myć podłogę zaraz po przyjściu z pracy. Szpital sprawia, że modlimy się, aby tego wszystkiego nam nie odebrano.