Tydzień mnie ominął

Szpitalna klatka schodowa. Zimno, brudno, skądś czuć papierosami. Trzy lata temu, kiedy byliśmy tu ostatni raz, rozpoczął się remont oddziału. Trwa do dziś. Oddział niewiele większy od bloku w którym mieszkamy. W pokoju jedyne co nowe, to okna, z elegancko pozostawioną zaschnięta pianką wokół każdego z nich. O jedzeniu się nie wypowiadam, syn i tak nie może jeść niczego co jest serwowane. Dzieci które mogą, też nie jedzą. Jedna łazienka na chuj wi ile osób. Żona twierdzi, że dramat, ja w poprzedniej pracy lądowałem czasem w takich miejscach, w których komandos by się nie wykąpał, a trzeba było. Trzy łóżka szpitalne, troje dzieci plus troje dorosłych. Gdybym położył się na podłodze, nie byłoby przejścia. Co jakiś czas więc ta klatka schodowa, przynajmniej widać coś z okien. Szpital leży w ładnym miejscu, tym bardziej przygnębiające jest to, że nikt nie zadbał o to, żeby jakoś to wyglądało. Droga dojazdowa to krajobraz księżycowy. Lądowisko dla helikopterów jest jedynym względnie utrzymanym punktem w zasięgu wzroku, przynajmniej po tej stronie ogrodzenia. Uciekam wzrokiem dużo dalej i mniej więcej mogę sobie wyobrazić to, co muszą odczuwać więźniowie. Wieczorem zmienia mnie żona, wychodzę i łapczywie wciągam zanieczyszczone powietrze. Mijam miejsca w których nie tak dawno temu spędzałem wagary. Potrzebuję ich teraz, potrzebuję wagarów od życia. Niby nie jest to nic, czego nie przechodziliśmy wcześniej, ze wszystkim sobie świetnie radząc i w ogóle, ale czuję po prostu, że jestem starszy i zaczynam nie wyrabiać. Zużyłem się. Wracam do domu, próbuję tu coś napisać, ale myśli uciekają zanim zdążę sklecić choćby jedno zdanie. Coś mi się ubzdurało o innym mieście i moich dziwnych przygodach w nim swego czasu, ale już kompletnie nie pamiętam jaki to miało związek z obecną sytuacją. Już tego nie złapię, nieuchwytne. Jak każdego wieczoru w tym tygodniu po kolacji coś oglądam i upijam się przy tym dwoma piwami. Żeby nie myśleć i jakoś zasnąć. Nie umiem mieszkać sam, choć tak często marzę o tym na co dzień.

szpitalnie

Szpital, nie? Potrafi nas wymiksować z gry machinalnie. Sprawia, że wszystko wokół nas wraca na swoje miejsce. A my sami odnajdujemy własne miejsce w szeregu. Jakieś nasze ewentualne żale, zapędy, tęsknoty, żądania, roszczenia… Jebać to. Maczetami. Pozwólcie mi codziennie gotować obiad i sprawdzać zadania domowe. Dajcie mi znowu myć podłogę zaraz po przyjściu z pracy. Szpital sprawia, że modlimy się, aby tego wszystkiego nam nie odebrano.

Trójkąt Bermudzki

Przejście dla pieszych. Starszy pan ciagnący na smyczy martwego psa. Pies ciągnący za sobą swoje wnętrzności. Kawałek dalej, tuż przed światłami trójkąt na jezdni, jakieś auto na awaryjnych. Tuż za skrzyżowaniem na przystanku autobus, policja, karetka pogotowia, samochód nadzoru komunikacji miejskiej. I to wszystko w obrębie kilku przecznic, praktycznie w tym samym czasie. 

W oberży obroża

– Masz siedem minut! – krzyknął strażnik, po czym odszedł korytarzem wesoło pobrzękując kluczami. Być może przy tym podśpiewywał. Może nawet podpierdywał. Spojrzałem w kierunku niepotrzebnie zapalonych świateł, po chwili zdecydowałem się je wyłączyć. Co jeszcze? Muszę naładować lokalizator na resztę dnia. Kiedyś obliczę ile czasu dziennie poświęcam na podłączanie rozmaitych  urządzeń do różnych źródeł. Niedługo czeka mnie spacerniak, ale w taką pogodę to żadna rozrywka tak szczerze powiedziawszy. Gdybym był z cukru, to przynajmniej bym się chociaż częściowo rozpuścił. Tak jak moi tak zwani bliscy. Czas nie leczy ran, czas zmniejsza zainteresowanie zainteresowaniem.

– Czas minął!

maga

Potrzebuję punktu zaczepienia. Diane, wiem przecież, powinno być inaczej. Ale… nie jest. Diane, potrzebuję czegoś na przecięciu czasów. Czegoś z wtedy, czegoś z teraz, czegoś co zadziała. Zepsułem się. Nie działam. Potrzebna iskra zapalna, czymkolwiek by nie była. Ładowanie akumulatora. Lifting, reanimacja, pierdolone spa i botoks mózgu. Serca być może. Potrzebne są stare telefony i drżące sierpniowe powietrze.