ży

Powtarzalność przyjemności. Nieregularna działalność artystyczna. Sporadyczna aktywność fizyczna. Długie okresy braku wiary w siebie przerywane huraoptymistycznymi zrywami. Rosnące wątpliwości w uczciwość rodzaju ludzkiego, mające swoje źródło i podstawę wśród najbliższych. Coraz krótsza żywotność akumulatora. Tak się to jakoś składa.

letmi

Nie było tych letnich wieczorów, takich jak lubię, tych-takich. Były smażone, albo duszone. Nie usiedliśmy ani raz na ławce obok stacji benzynowej, nie oglądnęliśmy Blade Runnera i nie wypiliśmy paskudnego piwa z puszki. Zamiast tego było wynurzanie się, powolne i stopniowe. Najpierw się musiał rozpuścić lód. Udało się wydostać, a szlam łatwo się spłukuje. I z jednej strony jest pięknie. Jest łatwiej, lżej, swobodniej, bardziej rodzinnie i jakoś tak sensownie. Na swoim miejscu, mimo że o krok od wypadku samochodowego. Czuwa ktoś nad tym wszystkim, nade mną, nad nami. I teoretycznie teraz może być już tylko lepiej. Czasami tylko coś tak we mnie gra, chyba bez powodu, nie wiem… Ot tak?

drajw

Krzywo się opaliłem. To w zasadzie żadna niespodzianka, biorąc pod uwagę, że wszystko za co się biorę w życiu wychodzi mi hmmm… alternatywnie. Ale robię postępy. Ostatnimi czasy wręcz dokonuję cudów. Jeżdżę samochodem na przykład, nie do wiary. Przewożę różne rzeczy. I osoby. Biorę za coś odpowiedzialność. Za kogoś. Wiem, że mówimy tu o prozaicznych czynnościach, ale nie zapominajmy, że dla mnie codziennością są raczej rzeczy o których niektórzy sądzą, że do ich wykonywania potrzeba jakichś komiksowych supermocy. Nieistotne. Więc miałem ten powiedzmy tydzień na naładowanie baterii na resztę roku. Tydzień, bo pierwszego dnia, w którym spałem ze trzy razy, nie liczę. Trzeba było przejść swoistą aklimatyzację. Nie liczę też jednego dnia, kiedy to musiałem wrócić do Metropolis, do Gotham, do Big Asshole, wrócić na chwilę, aby zrobić coś, wydać, odebrać, przekazać, wysprzątać. Czyli co, jakieś osiem dni? Tyle ma wystarczyć dobiegającemu czterdziestki człowiekowi, który po wydarzeniach mających miejsce po 29 października ma rozpieprzony kręgosłup, serce i mózg? Wracamy i 3… 2… 1… START? A gdzie rozgrzewka? Jak nie upaść gdzieś po drodze? Jak nie zerwać któregoś mięśnia? W mojej branży na pytanie „Jak?” pada tylko jedna odpowiedź: „Szybko!”. Nie przejmuj się synu, co prawda mam dla ciebie coraz mniej czasu i z każdym dniem rozumiem cię coraz mniej, po prostu pomkniemy w to razem. Jakoś, tak jak do tej pory. Nie widziałem tego przed twoimi narodzinami, nie widzę i teraz, ale koła się kręcą. Toczą. Obracają. Jakoś.

ur

eee, bo to na dobrą sprawę trzeba by było wyjechać w jakąś dupę ciemną bez zasięgu i wi-fi, a już w ogóle najlepiej zostawić telefon w domu, o laptopie nie wspominając, a nie, że smsy i telefony od rana, wiem że jesteś na urlopie, ale odpisz mi jak możesz, bo ja na urlopie nie jestem, a czas czas czas, trzeba pinindze zarabiać, pinindze, jak najwięcy pinindzy, zanim ja na urlop nie pojadę, a ja jak wyjadę, to wiesz, w taką głuszę, że ani zasięgu, ani wi-fi

ajoła

Parę dni temu o nieistniejącej godzinie zalałem sobie kawę zimną wodą i nie wiedziałem co to będzie, co to będzie, w dodatku nie byłem nawet w stanie oglądnąć Predatora w telewizji. Minęło niewiele czasu, upłynęło trochę kilometrów i teraz mniej więcej wiem co dalej. Kawa smakuje wybornie, bo woda z kranu tu lepsza, tu tęcze i jednorożce, zamiast deszczu lekarstwo na raka, w ogóle „bez krwi” i wszyscy „czerwień znają z soku wiśni”. Skończyły się przeszkody, koniec, to już za mną, choć trochę nie do wiary. Dwa spędzające sen z powiek poważne tematy zamknięte. Koniec. Szlus. Over. Kropka. Bez kreski. Zaraz idę w góry, te nie za wysokie.

Nie za wysoko

Nigdy nie sądziłem, że znajdę się w takim punkcie życia, że… Nie umiem chyba o tym pisać. Jestem zmęczony. Wszystkim. Wszystkimi. Że mając jakieś tam resztki czasu dla siebie i tak ten czas przepierdalam na rzeczy kompletnie irracjonalne (żeby nie nazwać tego po imieniu), zamiast zrobić coś, cokolwiek. Coś za czym tęsknię. Widocznie ta tęsknota nie jest już taka silna, skoro nie potrafię już słuchać, czytać, grać, napisać… Choć pewnie potrafię, chyba po prostu mi się nie chce. Tak? Może by coś oglądnąć, na twardym dysku czekają przynajmniej ze dwa dobre filmy, ale… Nie chce mi się. To jest straszne, ale czasem gapię się w telewizor. Nic tam nie ma i niczego nie oglądam, ale i tak gapię się, przelatuję po kanałach, nic z tego nie czerpiąc. Discop polo i amerykański lombard. Podobnie jest z komputerem. Internetem. Facebookiem. Patrzę na bełkot, wsłuchuję się w rechot. Szum. Niczego w tym nie ma. Przyglądam się zdjęciu tej dawnej, pierwszej i być może faktycznie prawdziwej miłości. Przyglądam się długo. Chciałbym napisać, tylko po co? Głupszy pomysł chyba nie mógłby mi przyjść do głowy. GUPIE TO KURWA! Czy to depresja? Czy to zwykły marazm? A może to alkoholizm, bo już chyba jedyne co mnie cieszy, to to znieczulenie się dwoma piwami przed snem. Gdyby nie to, pewnie niczego bym tu dzisiaj nie napisał. Nie chciałoby mi się. A teraz, w takim stanie, jakby lekkim transie, przynajmniej jakoś te palce błądzą po klawiaturze. Chwilami chyba nawet bez wsparcia głowy. Ale wykorzystajmy to, wykorzystajmy tę godzinę szczerości. Wiesz co, Diane? Zdarzało mi się pić w dzień. Ot tak, nie to, żeby działy się jakieś dantejskie sceny i musiałem odreagować. Po prostu wiedziałem że będę miał ileś tam godzin na wolniejszym biegu, więc chlup, niech rzeczywistość będzie obła. Inni mają przerwę na papierosa. Niektórzy wciągają kreskę. A ja nie mogę wypijać więcej niż trzy kawy dziennie. Więc bywał drink. Zdaję sobie sprawę jak to brzmi. Nawet bywało to planowane. Dziś nie pojadę do pracy samochodem, dziś strzelę sobie szybko małą wiśniówkę. Być może nie ma problemu, bo potem dniami, czy nawet tygodniami, nie musiałem nawet patrzeć w kierunku buteleczek. Być może. Enyłej… Jestem zmęczony sobą. Jeszcze tylko zapiąć parę spraw, dosłownie parę spraw… I uciec na chwilę w te nie za wysokie góry. Odbudować się. Wrócić trochę innym. Albo takim samym jak te paręnaście lat temu. Albo już i ze dwadzieścia. Nie wiem, nie wiem który mamy rok, który miesiąc, który dzień. Nie wiem ile lat jesteśmy po ślubie i w którym dokładnie roku urodził się mój syn. Moją pamięć i tak już mocno nadszarpniętą przez chemiczną młodość nadszarpnęły ostatnio loginy i piny które musiałem wbić sobie do głowy. Hasła do alarmów, kody do klatek schodowych. Kurwa, kiedyś były książki telefoniczne i człowiek znał na pamięć wszystkie numery telefonów stacjonarnych swoich znajomych. Teraz pamiętam góra trzy. Góra z górą… Góry… W góry, tak, w góry, te nie za wysokie… W góry mi trza.