Zappach zza pach

Z okazji zbliżającego się dnia, po którym jeżeli nic mnie nie będzie bolało, to znaczyć to będzie, że umarłem, udałem się wraz z żoną po perfumy. Dla mnie i dla niej, bo mniej więcej w tym samym czasie obchodzimy urodziny. Żona, która tak bardzo lubi próbować czegoś nowego, że w azjatyckiej restauracji najchętniej poprosiłaby o schabowego, ewentualnie pierogi ruskie, wyszła z niczym. Natomiast ja pierwszy raz w życiu świadomie wybrałem dla siebie zapach. Dotąd wystarczał mi jakikolwiek dezodorant, perfumy dostawałem w prezencie, używałem ich jak tylko sobie o nich przypomniałem, a zapachów w ogóle nie rozróżniałem. Tym razem odrobiłem zadanie domowe i przed zakupem przejrzałem trochę stron, blogów i opinii, co zaowocowało tym, że od wczoraj mam ochotę co chwilę się wąchać. Pachnę pięknie i nie zamierzam tego zmieniać. Co więcej, teraz będę pracował nad tym, aby w życiu nic już innego nie robić, tylko pachnieć.

dynamo

Prasując koszulkę z nadrukiem okładki jednej z tych płyt, które zmieniły moje życie, przypomniałem sobie o tym, że śniła mi się kilka nocy temu. Miła odskocznia od koszmarów, w których krzyczę na bliskich, albo ich biję. Umysł gdzieś się musi ugiąć, żeby w innym miejscu wybrzuszyć. Ostatnio znowu towarzyszy mi to nieprzyjemne uczucie, to samo co wtedy, gdy w ekspresowym tempie musiałem spakować dorobek życia mojego ojca, spakować mamę, kupić jej mieszkanie, potem przeprowadzić i wypakować jedno i drugie. Równocześnie próbując pracować i wychowywać dziecko. Cały czas wydaje mi się, że z czymś zalegam, o tym zapomniałem, a z tamtym nie zdążyłem. Mam wrażenie, że niektórzy – mam tu na myśli tych bliskich, ale jakby dalszych – zapominają o takim drobnym szczególe, że gdzieś tam pomiędzy różnymi obowiązkami toczy się też życie, której jest MOJE. Jednocześnie mam jakby większego speeda, co potwierdza moje przypuszczenia, że im mniej czasu, tym więcej da się załatwić. Koszulka wyprasowana. Płytę poznawałem po łebkach, najpierw z jednego fragmentu koncertu nagranego na kasetę video przez kolegę, który miał antenę satelitarną i dostęp do MTV. Zajechałem ten utwór na śmierć, jednocześnie próbowałem wyobrazić sobie jak też musi brzmieć cała płyta. Później chyba natknąłem się na jej recenzję w Metal Hammerze. To były wakacje, musiałem zaczekać do ich końca, aby po powrocie do domu kupić sobie kasetę. Póki jednak jeszcze trwały, miałem ten jeden koncertowy kawałek. Miałem też ją, której obecność szumiała gdzieś między drzewami w wąwozie oddzielającym nasze domy.

truteń rubinowy

Czy fakt, że zmuszam się do spędzania czasu w taki sam sposób, jak spędza go większość normalnych ludzi, czyni mnie normalnym? Czy przecinki w tym zdaniu są na odpowiednich miejscach? Czy może, czy morze? Czy wykonując codzienne czynności zwyczajnych zjadaczy chleba automatycznie zyskuję status osoby poczytalnej?

Słońce, a ja w smole. Czas grillowania, zimnego piwka, haha hehe hihi hohu, najlepiej niech w tle leci „Lato” Formacji Nieżywych Schabuff… A ja umieram. Z każdą sekundą zużywam się coraz bardziej. Duszę się w tych martwych rozmowach, starzeję się w oczach dzieci, nie chce mi się schylać do wkładania butów, wolę usiąść. I kawa własnoręcznie mielona (mięso). No dobra, w mikserze droższym niż moje wszystkie zabawki i ubrania. Nigdy więcej słodkiej, nigdy więcej białej.