Prasując koszulkę z nadrukiem okładki jednej z tych płyt, które zmieniły moje życie, przypomniałem sobie o tym, że śniła mi się kilka nocy temu. Miła odskocznia od koszmarów, w których krzyczę na bliskich, albo ich biję. Umysł gdzieś się musi ugiąć, żeby w innym miejscu wybrzuszyć. Ostatnio znowu towarzyszy mi to nieprzyjemne uczucie, to samo co wtedy, gdy w ekspresowym tempie musiałem spakować dorobek życia mojego ojca, spakować mamę, kupić jej mieszkanie, potem przeprowadzić i wypakować jedno i drugie. Równocześnie próbując pracować i wychowywać dziecko. Cały czas wydaje mi się, że z czymś zalegam, o tym zapomniałem, a z tamtym nie zdążyłem. Mam wrażenie, że niektórzy – mam tu na myśli tych bliskich, ale jakby dalszych – zapominają o takim drobnym szczególe, że gdzieś tam pomiędzy różnymi obowiązkami toczy się też życie, której jest MOJE. Jednocześnie mam jakby większego speeda, co potwierdza moje przypuszczenia, że im mniej czasu, tym więcej da się załatwić. Koszulka wyprasowana. Płytę poznawałem po łebkach, najpierw z jednego fragmentu koncertu nagranego na kasetę video przez kolegę, który miał antenę satelitarną i dostęp do MTV. Zajechałem ten utwór na śmierć, jednocześnie próbowałem wyobrazić sobie jak też musi brzmieć cała płyta. Później chyba natknąłem się na jej recenzję w Metal Hammerze. To były wakacje, musiałem zaczekać do ich końca, aby po powrocie do domu kupić sobie kasetę. Póki jednak jeszcze trwały, miałem ten jeden koncertowy kawałek. Miałem też ją, której obecność szumiała gdzieś między drzewami w wąwozie oddzielającym nasze domy.