przewiater

Tam jestem poza ich zasięgiem, nie wprost. Tu staję się łatwym celem, żadnych barw ochronnych, za to pełno myśliwskich ambon wokół. Może potrafiłbym to wytłumaczyć gdybyśmy usiedli przy barze, może być na samym końcu, poza zasięgiem wzroku niezdrowo zainteresowanych. Wodząc palcem po krawędzi szklanki i grzechocząc kostkami lodu wszystko bym ci wyłuszczył. Póki to nie nastąpi musisz się zadowolić wyblakłymi półsłówkami i potarganymi zdjęciami zrobionymi polaroidem. Więc jest most, są potargane jeansy, tylko czekać aż pojawi się Winona Rider. Powietrze wciąż tym pachnie, nawet po tylu latach. Masz pojęcie? Dasz wiarę? Tylko trzeba wyjść z domu, jakimś cudem nie chce się przewietrzyć, pomimo otwartych okien. Na zewnątrz za każdym zakrętem czai się geograficzny pamiętnik. Idę czytać.

witaj w domu (sanatorium)

Właściwie miałem tu nie przyjeżdżać. Jak większość statystycznych Polaków podczas czegoś na kształt długiego weekendu mieliśmy coś pomalować. Kuchnię, albo chociaż przedpokój. Na szczęście (w sumie) musiałem zmienić jedną z babć i wylądowałem w sanatorium. Cieszę się, z wielu powodów zresztą. Bo zawsze się dobrze czuję w tej miejscowości. Bo ostatnio z synem kontakt owszem i był, ale z braku czasu, z wiecznego pośpiechu, galopu, mknięcia, nasze wifi trochę traciło zasięg. Bo cholernie tego potrzebowałem, bo zacząłem się źle czuć. Nie umiem pisać o depresji, każdy z nią walczy na swój sposób. Wiem tyle, że lepiej, abym teraz nie zostawał sam. A to miasto w ciągłej rozbu przebu dowie przestało mi być przyjazne. Niech się nigdy nie.

magik kombinator utrwalacz

Trzeci raz przygotowuję tę kawę. Najpierw zrobiłem ją sobie nie do tej filiżanki co trzeba, potem drgania ekspresu przesunęły drugą filiżankę, przez co nalało mi się tylko pół, a zalało trochę. Mniejsza z tym, do trzech razy sztuczka magiczna.

x

Jadę na cmentarz odwiedzić tatę. Ostatni raz byłem u niego w Wielkanoc, teraz chciałem pojawić się na okoliczność mojej niedawnej czterdziestki, z którą czasami nadal nie mogę dojść do porozumienia. Coś tam sobie wcześniej przygotowałem, coś o czym chciałbym pomyśleć na miejscu. Stoję nad grobem z zupełną pustką w głowie. Myślę, że by to zrozumiał. Pewnie podobną pustkę odczuwał, gdy próbował ze mną porozmawiać.

x

Tego lata potrzebuję innego rodzaju czadu. Moja muzyczna dusza na wieki będzie już rzeźnicza, niemniej są okresy, kiedy potrzebuję odskoczni. W tym momencie najwięcej paliwa dają mi płyty i wykonawcy z gatunku wyklętych. Czyli odpowiednio na przykład „Load” Metalliki, po wydaniu której część fanów obraziło się na zespół śmiertelnie. Albo cokolwiek Radiohead, niegdyś tak uwielbianych, uważanych za rewolucjonistów, poszukiwaczy, zbawców muzyki ogólnie mówiąc rockowej; teraz z niezrozumiałych dla mnie przyczyn wyśmiewanych, uważanych za symbol przerostu formy nad treścią, muzycznego snobizmu itp… Czy pisałem już, że nie powinienem czytać internetowych opinii?

x

Pisałem pewnie już o wielu rzeczach, ale skoro ludzie mają prawo oglądać w tramwajach na smartfonach innych ludzi wdających się w bójki na ulicy, tak ja mam prawo się powtarzać.

szu

Przeważnie zamykam okna. Okolica w której mieszkam przestała być przyjazna uszom. Budują co prawda z innej strony, nie mam tam okien. Ruchliwej ulicy też nie zainstalowano w pobliżu. Za to są te muzealne magazyny. Z jednej strony błogosławieństwo, bo nic mi przed nosem nie wzniosą. Z drugiej – całodobowy szum konserwacyjny. Zamykam okna. Podobnie jak z tymi niepożądanymi rozmowami. Jestem porządny, bywam raczej. Szumu nie dopuszczam, ani tego, ani obecności. Przynajmniej się staram.

L-przestrzeń

Mimo wszystko lubię wstawać o 4:30, po niecałych trzech godzinach snu. Świat wygląda wtedy jak jakaś alternatywna rzeczywistość. Wszystko jest niby na swoim miejscu, ale równocześnie jest inne, nieużywane, jakby oczekujące dopiero na swoją, inną niż na co dzień, kolej. I ten galaretowaty stan umysłu… Lubię.

nie tak

Wszystko nie jest tym, czym się wydaje. Być, albo lepiej nie. Tak długo wyczekiwany przeze mnie krótki urlop od życia nie przyniósł ze sobą nawet połowy fajerwerków które obiecywał, którymi mamił. Ja chyba nie umiem już wypoczywać, wyluzować się całkowicie i zająć tylko sobą. Albo mnie coś rozprasza, albo mnie nudzi i nie cieszy. Choć niewykluczone, że przemawia przeze mnie lekki kac, którego jednak staram się nie dopuścić do głosu. Wczoraj niby udało się odbyć pieszą sentymentalną wędrówkę, ale tylko połowicznie. Przeszkodził upał, nadwyrężona kostka kolegi, oraz tegoż samego kolegi układ trawienny. Z szumnych czego to ja nie zrobię i gdzie to ja nie pojadę zapowiedzi na dzisiejszy dzień zostało tyle, że od rana coś oglądam. Albo przynajmniej próbuję, bo koncert Nine Inch Nails znudził mnie tuż za połową (robię się na to za stary, ta egzaltacja gitarzysty, wymachiwanie gitarą na wszystkie strony, rzucanie statywem we wzmacniacz…), Sprzedawcy też jakoś nie zachwycili jak kiedyś… Aż się boję odpalić urodzinowy Twin Peaks.

krę Załoga G

Rozgrzane powietrze sprawia, że się unoszę odrobinę, choć to przecież niemożliwe. Kołuję nad ziemią, choć to przecież niewykonalne. Zataczam coraz węższe kręgi, rozglądając się gdzie by tu wylądować. Przycupnąć na chwilę, uchwycić się czegoś. Mocno ściskam stery, tracąc przy tym łączność z wieżą, bazą, głową. Już sam nie wiem, czy to moje chemiczne ślady, czy wiadomość zostawiona przez kosmitów na polu kukurydzy, czy też zmącona tafla wody.

cycat

„Wracałem do domu i sięgałem po gitarę. Była pełna życia, blasku kolorów i uczuć… była wtedy dla mnie jak gdyby esencją życia. Za każdym razem, kiedy źle zagrałem jakąś nutę, moja dusza krzywiła się. Potrafiła to robić!”

Steve Hackett

Byle tematy dyle maty

Nie powinienem teraz prowadzić samochodu. Przez zwiewności opalone prędzej czy później spowoduję jakiś wypadek. A w głowie kiełkuje plan, którego realizacji się obawiam. Biorę urlop od życia na dwa weekendowe dni. Chociaż nie, urlop ładnie się kojarzy i jest legalny. Ja idę na wagary. Załatwiłem sobie słomiane wdowieństwo kamuflując się pracą, której, tak się składa, akurat nie będę miał. Ucieknę więc. Chciałbym poetycko napisać, że w głąb siebie, ale nie, wcale nie, tam bywam często i niechętnie, znam się na wylot i niespecjalnie mam ochotę w sobie grzebać. Wybieram bezpieczną i przyjemną ucieczkę w sentymenty, pieszą drogę w którą udam się z przyjacielem, z kilkoma przystankami w strategicznych dla naszej młodości miejscach. To zaplanowałem na dzień pierwszy. Drugiego dnia chciałbym odwiedzić miejscowość w której niejedne wakacje spędziłem i jedno serce złamałem. O właścicielce uszkodzonego organu nieraz tu wspominałem, uważny czytelnik wie więc, że jestem z nią w sporadycznym kontakcie dzięki błogosławieństwu (albo przekleństwu) messengera. Kusi mnie, aby do niej napisać i spróbować się spotkać. Oczywiście na neutralnym gruncie, łapy przy sobie, uprzedzając wcześniej że co to to nie, ależ skądże, kawka herbatka, bułkę w bibułkę. Problem w tym, że moja popierdolona głowa kręci zupełnie innego rodzaju filmy, a ta niewielka racjonalna część mnie zwyczajnie puka się w czoło, pytając „po co?”.