białe dziury

…and justuj for all. Działa, jest równo, mogę spać spokojnie. Choć nie zawsze dobrze sypiam. Przeważnie nie dopisuję. Zdrowia, szczęścia. Wiele rzeczy nie daje mi spokoju. Jak to justowanie na przykład. Albo to, że koleżanka wysłała do mnie w nocy dość ważnego smsa, na którego nie odpisałem, bo spałem (akurat dobrze, bo nie dopisałem wcześniej). Nie odpisałem do tej pory, bo jest wcześnie i boję się ją obudzić swoją lakoniczną odpowiedzią. Ale odpisać wypada, nie zawsze nie dopisuję przecież, i zrobię to na pewno, bo gryzie mnie to i uwiera. Kolega z pracy stwierdził kiedyś żartobliwie, że przechowuję w głowie straszne ilości gówna i chociaż miał trochę co innego na myśli, trafił w punkt. Jak z tym justowaniem, jak z tym smsem, wreszcie tak jak z tym czego nie zdążam (no właśnie, i pan zdanża). A nie zdążyłem kiedyś o białych dziurach. Czarne to te, w które coś nam upada na podłogę i tyle widzieli. Parę metrów kwadratowych, nigdzie się nie potoczyło, przecież bym usłyszał, to gdzie jest, jak nie ma? W czarnej dziurze. Ale są też te białe dziury. Tam lądują przedmioty na chwilę, która staje się wiecznością. Od paru miesięcy na przykład na półce nad umywalką pomiędzy kosmetykami leży maleńka śrubka. Łazienka była już myta ze dwadzieścia razy od kiedy śrubka się tam pojawiła, wszystko z półki było zdejmowane, półka była przecierana, przedmioty przed powrotem na nią też. Śrubka co prawda myta nie była, ale za każdym razem odbywała podróż w dwie strony wraz z tubkami i innymi buteleczkami. Do wczoraj, bo się wkurwiłem i zatkałem białą dziurę. Druga biała dziura pojawiła się na jednej z półek z książkami. Być może to jakaś prawidłowość, zdaje się, że białe dziury upodobały sobie półki właśnie. W tym konkretnym obszarze czasoprzestrzeni leżą zdjęcia do dokumentów które nigdy nie zostaną już wyrobione, bo portrety się trochę zdezaktualizowały. Są tam dwie różne fotki mojej żony, jedna fotka moja, jedna syna i jedna – najbardziej aktualna – teściowej. W tym domu, w którym panuje wręcz nieskazitelny porządek, w którym wszystko poukładane jest z pedantyzmem niemalże chorobliwym, gdzie wykorzystuje się logikę nawet przy układaniu rzeczy do prasowania, te zdjęcia są jak bluźnierstwo. Tak… Na grzebień Świętej Kingi! Ależ te drzewa pięknie falują!

łik

Kończy się tydzień w którym jakoś nie umiałem pisać. Robię to teraz ryzykując, że nawet jeżeli o czymś do zrobienia przed wyjściem nie zapomnę, to nie zdążę. Zdanie nieobudzone. Piszę na siłę, nawet nie po to, żeby zostawić tu jakiś ślad, bardziej aby pozbyć się dziwnego uczucia. Kiedy nie piszę tu przez jakiś czas, czuję się tak, jakbym z nikim od dawna nie rozmawiał, nie używał języka, jakbym zaraz miał utracić zdolność mowy.

Soł… W niedzielę byłem w górach. Liśmy. W zeszłym roku trochę odpuściłem (liśmy), więc spadek formy był mocno odczuwalny w trakcie, jak i po dziś dzień. Słońce spaliło nam twarze, dzięki czemu żonie wyszło zimno, a mnie dzień po niej. Jak w życiu, najpierw ci gorąco, potem ci zimno. Podczas popasu zgubiłem swojego multitoola. Przejechał ze mną kraj wszerz i wzdłuż, towarzyszył mi w ekstremalnych warunkach, nie zgubiłem go po pijaku, za to zostawiłem go na jednej z ławeczek pod schroniskiem. Nie schowałem go od razu do kabury, bo chciałem najpierw wytrzeć ostrze utłuszczone podczas otwierania paczki kabanosu. A ponieważ gdy się zbieraliśmy wokół nas latał jakiś otępiały pszczół, to sami wiecie, komandos nie sprawdził porządnie ekwipunku, tylko chciał szybko zdupcać. Zabolało, przywiązuję się do przedmiotów.

Tydzień „puffff!” niewiadomo kiedy. Jakoś pomiędzy godziny wypełnione rutyną i obowiązkami upchałem mój czas artystyczny. Jakoś staram się trzymać dyscyplinę. W ogóle wszystko się dzieje jakoś.

Byłem odwiedzić ojca na cmentarzu. Zanim pojawią się przyszłomiesięczne dzikie tłumy. Stałem tam z pustką w głowie większą niż zazwyczaj, ale chyba już o tym pisałem.

Jeżeli chodzi o dom stałem się napięty i nerwowy. Brakuje mi cierpliwości. Przez większą część dnia jestem sam, po powrocie syna ze szkoły i żony z pracy odczuwam dyskomfort, drażnią mnie odgłosy domowego ogniska. Bardziej niż zazwyczaj czuję się jak kiepski aktor, zmuszam się do interakcji z gracją któregoś z braci Mroczek.

Czas na mnie.

brać

Nigdy nie wiesz który z nich się obudzi. Dzisiaj wstał ten sympatyczniejszy. Dowcipkujący, pogwizdujący pod nosem, przygotowujący z miłością kanapki do szkoły. Nie stał jak kołek przed lodówką, nie wiedząc w co ręce wsadzić, jak ten drugi, tylko od razu wiedział co i jak. Nie musiał udawać zainteresowania podczas porannych rozmów z synem, nie musiał też ukrywać zniecierpliwienia. Po prostu zrobił, co miał do zrobienia, bezboleśnie, z przyjemnością. Teraz ćwiczy z metronomem. Nie przeszkadzajmy mu.

otoczak

Nie wiem co się ze mną dzieje. Staję się nietowarzyski i gburowaty, przynajmniej tak to wygląda na pierwszy rzut oka. A ja po prostu chcę mieć chwilę spokoju. Pod koniec dnia maska na mojej twarzy jest już tak znoszona, że nawet nie próbuję udawać dobrego nastroju. Tak, wiem, jestem nieprzyjemny dla małych dzieci. Tak, wiem, twoja mama pytała się czemu byłem taki smutny. Smutny? Dobre sobie. Po prostu całą siłę wkładałem w powstrzymanie powiek przed opadaniem. Na unoszenie kącików ust zwyczajnie nie starczyło energii. Tak, wiem, jak ostatni buc z premedytacją ukryłem się za smartfonem w którym przeglądałem wielkie NIC. Tak, wiedziałem że będziesz mieć o to pretensje, i tak, w tamtym momencie miałem absolutną pewność, że wszystkiemu zaprzeczę. Nie myliłem się.

Czasami myślę tylko o wieczornym drinku. Czasami wieczór przychodzi zbyt wcześnie, a poranek za późno. Natchnieni marzyciele w latach dziewięćdziesiątych twierdzili, że raczej powinno być na odwrót.

pła

Zamiast w dwa ognie zagrajmy w trzy kawy. Przynajmniej ja będę grał. Tfu, pił. Ty tam pij napar z kory drzewnej, bez, pokrzywę, łodewer. Gwiazdy nie spadną dzisiaj. Spadały jakiś czas temu, ale syn ich nie widział, deadlights smartfona pochłonęły go kapitalnie. Życzenia pomyślałem za niego. Jak zawsze. I dla niego. Jak prawie wszystko. Może się kiedyś spełnią, może jeszcze zanim staniemy się dla siebie zupełnie obcy. Wiele lat temu z moim się udało. Choć zapewne dla Losu, Boga, czy innego Odyna gra na perkusji w hardcore’owej kapeli była łatwiejsza do zaaranżowania, niż całkowite wymazanie astmy ze wszystkich znanych nam światów.

szkoda

Czy ja kiedyś też będę takim pogodnym starszym panem przemieszczającym się starą, zieloną Skodą? Będę elegancko i schludnie ubrany? Z moich ust nie będzie znikał uśmiech, gdyż dawno pogodzę się z samym sobą? Odgadnę kiedyś tę wielką tajemnicę, która głosi, iż wszelka napinka nie ma najmniejszego sensu? Będę grzebać przy swojej działeczce, uprawiać warzywa których nikt nigdy nie będzie jadł? Czy zimą będę nosić czapkę z żółwia?

bjek

Chciałbym… coś napisać. Koniec wakacji, początek szkoły, naiwnie liczyłem, że skoro dziecko będzie znikać na kilka godzin z domu, to ja będę miał więcej czasu dla siebie. Nic bardziej mylnego. Poza tym zapomniałem o największej zgrozie dzisiejszych czasów, którą można ująć dwoma słowami: „zajęcia dodatkowe”. Teraz dzieci po prostu muszą w przynajmniej podstawowym stopniu opanować umiejętność żonglowania płonącymi maczetami w trakcie wchodzenia tyłem na ściankę wspinaczkową, na szczycie której zamontowane są skrzypce na których trzeba akompaniować sobie nogami podczas śpiewania, najlepiej w kilku egzotycznych językach.

Mój powrót do pracy, w zasadzie dwóch. Zdążyłem zapomnieć o tym, że parę tygodni temu resetowałem umysł wpatrując się w idealnie błękitnozielone morze. Dodatkowo wróciłem do swojej pasji, narzucając sobie pewną dyscyplinę. Przynajmniej na tyle, na ile jest to możliwe, bo jednak kiedyś spać trzeba. Ale doszło już na przykład do tego, że do pracy jechałem taksówką, bo musiałem dłużej posiedzieć nad instrumentem. Sztuka rodzi się w bólach, także tych finansowych.

Czas zabiera też opieka nad moją mamą. Byłoby to całkiem przyjemne i naturalne, gdyby nie towarzyszące temu nerwy. Mama dziecinnieje, co gorsze, zaczyna też zapominać. To drugie wciąż łączę raczej z jej niechęcią do skupienia się nad słowami rozmówcy (czyli najczęściej moimi), niż z jakimiś zdrowotnymi problemami. Nie pomaga też to, że wszelkie uwagi traktuje jak ataki. Obrażanie się, unoszenie dumą, na koniec wytaczanie ciężkich dział w rodzaju „czuję, że moja obecność jest niemile widziana, każdy jest zajęty sobą i nie ma dla mnie czasu”. To dość odważne stwierdzenie, zważywszy na to, że jestem u niej średnio co drugi dzień, niekiedy całą rodziną. Robię zakupy, płacę rachunki, naprawiam co jestem w stanie, przynieś, podaj, pozamiataj. Gdy trzeba ją gdzieś zawieźć, najczęściej robi to moja żona, która też doradza jej w różnych grubszych sprawach i towarzyszy podczas ich załatwiania. Pomijam fakt, że mieszkamy kilkaset metrów od siebie i mama może odwiedzać nas kiedy tylko zechce. Tyle tylko, że… tego nie robi. Przyczyna tkwi zapewne w tym, że w mojej rodzinie panuje popierdolone przekonanie o tym, że tym starszym nie wypada odzywać się do młodszych, którzy muszą zawsze wychodzić z inicjatywą. Nieistotne, że mam czterdzieści lat. Jestem najmłodszym dzieckiem, więc to ja mam zawsze zapraszać, to ja mam pierwszy dzwonić z życzeniami, to ja… Nawet mój starszy i mieszkający na obczyźnie brat wyciera sobie mordę tym bzdurnym zwyczajem. Przy okazji świąt Bożego Narodzenia przeprowadziłem mały eksperyment. Ponieważ wcześniej brat nawywijał nieco i w swoim alkoholowym stylu przysporzył nam wielu przykrości, postanowiłem nic nie robić, zaczekać. W efekcie nie złożyliśmy sobie życzeń, co brat później tłumaczył (oczywiście mamie, bo komu) tym, że przecież ja jestem młodszy i powinienem się do niego pierwszy odezwać…

Chyba mi się nieco ulało. Od następnego wpisu wracam do starego, sprawdzonego i niezrozumiałego bełkotu. Bum!