bjek

Chciałbym… coś napisać. Koniec wakacji, początek szkoły, naiwnie liczyłem, że skoro dziecko będzie znikać na kilka godzin z domu, to ja będę miał więcej czasu dla siebie. Nic bardziej mylnego. Poza tym zapomniałem o największej zgrozie dzisiejszych czasów, którą można ująć dwoma słowami: „zajęcia dodatkowe”. Teraz dzieci po prostu muszą w przynajmniej podstawowym stopniu opanować umiejętność żonglowania płonącymi maczetami w trakcie wchodzenia tyłem na ściankę wspinaczkową, na szczycie której zamontowane są skrzypce na których trzeba akompaniować sobie nogami podczas śpiewania, najlepiej w kilku egzotycznych językach.

Mój powrót do pracy, w zasadzie dwóch. Zdążyłem zapomnieć o tym, że parę tygodni temu resetowałem umysł wpatrując się w idealnie błękitnozielone morze. Dodatkowo wróciłem do swojej pasji, narzucając sobie pewną dyscyplinę. Przynajmniej na tyle, na ile jest to możliwe, bo jednak kiedyś spać trzeba. Ale doszło już na przykład do tego, że do pracy jechałem taksówką, bo musiałem dłużej posiedzieć nad instrumentem. Sztuka rodzi się w bólach, także tych finansowych.

Czas zabiera też opieka nad moją mamą. Byłoby to całkiem przyjemne i naturalne, gdyby nie towarzyszące temu nerwy. Mama dziecinnieje, co gorsze, zaczyna też zapominać. To drugie wciąż łączę raczej z jej niechęcią do skupienia się nad słowami rozmówcy (czyli najczęściej moimi), niż z jakimiś zdrowotnymi problemami. Nie pomaga też to, że wszelkie uwagi traktuje jak ataki. Obrażanie się, unoszenie dumą, na koniec wytaczanie ciężkich dział w rodzaju „czuję, że moja obecność jest niemile widziana, każdy jest zajęty sobą i nie ma dla mnie czasu”. To dość odważne stwierdzenie, zważywszy na to, że jestem u niej średnio co drugi dzień, niekiedy całą rodziną. Robię zakupy, płacę rachunki, naprawiam co jestem w stanie, przynieś, podaj, pozamiataj. Gdy trzeba ją gdzieś zawieźć, najczęściej robi to moja żona, która też doradza jej w różnych grubszych sprawach i towarzyszy podczas ich załatwiania. Pomijam fakt, że mieszkamy kilkaset metrów od siebie i mama może odwiedzać nas kiedy tylko zechce. Tyle tylko, że… tego nie robi. Przyczyna tkwi zapewne w tym, że w mojej rodzinie panuje popierdolone przekonanie o tym, że tym starszym nie wypada odzywać się do młodszych, którzy muszą zawsze wychodzić z inicjatywą. Nieistotne, że mam czterdzieści lat. Jestem najmłodszym dzieckiem, więc to ja mam zawsze zapraszać, to ja mam pierwszy dzwonić z życzeniami, to ja… Nawet mój starszy i mieszkający na obczyźnie brat wyciera sobie mordę tym bzdurnym zwyczajem. Przy okazji świąt Bożego Narodzenia przeprowadziłem mały eksperyment. Ponieważ wcześniej brat nawywijał nieco i w swoim alkoholowym stylu przysporzył nam wielu przykrości, postanowiłem nic nie robić, zaczekać. W efekcie nie złożyliśmy sobie życzeń, co brat później tłumaczył (oczywiście mamie, bo komu) tym, że przecież ja jestem młodszy i powinienem się do niego pierwszy odezwać…

Chyba mi się nieco ulało. Od następnego wpisu wracam do starego, sprawdzonego i niezrozumiałego bełkotu. Bum!

4 myśli na temat “bjek

    1. Płonę z zawstydzenia niczym dziewoja ;). Pewnie mogłoby tak zostać, ale to by były niekończące się wariacje na temat braku czasu, zmęczenia, problemów zdrowotnych, użerania się jak nie z mamą, to z dorastającym synem, o tym jak to wszystko odziera życie z magii i ognia, jak bliscy kiedyś sobie ludzie popadają w rutynę i rozmawiają ze sobą tylko o rachunkach i receptach… W tym komentarzu wyczerpałem temat na parę lat do przodu ;).

      Polubienie

Dodaj komentarz