z góry

Występowałem w każdym serialu, stałem na deskach każdego teatru. Czy to przed kamerą, czy przed publicznością, nigdy nie uciekłem od sceny z jazdą samochodem drogą pomiędzy drzewami. Obowiązkowa jesień. Ujęcie koniecznie z góry. Byłem wszędzie.

Na każdym boisku dostawałem bęcki od szkolnych osiłków. Nigdy nie poszedłem na bal maturalny, nie wybrano mnie na kapitana drużyny futbolowej. Ale byłem wszędzie.

Szalone imprezy akademickie oglądałem przez uchylone drzwi podczas wręczania pizzy ładnym ludziom. I ginąłem zawsze jakoś w pierwszych piętnastu minutach. Ale byłem wszędzie.

Teraz jestem we wszystkim.

obi ad kenobi

Bywa jednak niecodziennie. Bo nie co dzień człowiek ma okazję wypić sam prawie całą butelkę 0.7 Jima Beama. I jeszcze mu za to płacą. Nie to, żeby był to powód do dumy, odnotowuję po prostu sam się trochę dziwiąc i łapiąc za na szczęście już niebolącą głowę.

Ale (bip! Ipa Apa andare andare!) właściwie ważniejsze jest to, co stało się wcześniej. To co działo się później z lekka tonie w niepamięci. Otóż przed tym wszystkim niedobrem zjadłem obiad z koleżanką z pracy. Bez podtekstów (raczej), wiem, że w normalnym świecie ludzie bez przerwy robią takie rzeczy i nikomu nic złego się nie dzieje, dobrego pewnie też. Odnotowuję, bo w moim kinie do tej pory raczej tego nie grywali. Przez całe dorosłe życie pracowałem z dala od cywilizacji, żyłem trochę jak te dziwne stworzenia z dna oceanu. Od niewiele ponad roku pracuję między ludźmi i powoli przestaję się zachowywać jak autyk. Jeżeli dodam, że w mojej branży kobiety występowały równie rzadko, co kwiaty w kalifornijskiej Dolinie Śmierci, chyba nikogo nie zdziwi wielkość moich oczu, gdy w przerwie znajoma zaproponowała wyjście na wspólny popas. Uśmiecham się sam do siebie. Czterdzieści lat na karku, a człowiek wciąż się czasem zachowuje i czuje jak młokos. Ale nic to. To chyba jedno z tych małych zwycięstw nad wahadłem.

O innym obiedzie w innym mieście będzie innym razem. A może już było?

 

klucz wiolinowy

Diane, czasem zastanawiam się co czujesz odsłuchując wiadomości ode mnie. Czy używasz słuchawek? Miewasz dreszcze? Skupiasz się tylko i wyłącznie na treści, a może zwracasz uwagę na intonację, tembr? To ciekawe, bo niekiedy przekazuje się więcej, niż zawierają same słowa, nawet nieświadomie. A może zwłaszcza niechcący. Tak tylko sobie pomyślałem o tym wszystkim, gdy zadarłem głowę i spojrzałem w punkta Ki. Brakowało tylko tego niby-śniegu. 

Diane, wczoraj ujrzałem jedną z najpiękniejszych kobiet w moim życiu. Mówię to z pełną stanowczością i powagą, jestem w pełni świadomy. Wszystko się zgadzało, absolutnie WSZYSTKO. Krótkie włosy. Zamykała oczy i uśmiechała się słuchając muzyki. Jej kark przyozdabiał tytułowy tatuaż. Tylko tylko mogę powiedzieć, tylko tyle potrafię. Ktoś gdzieś jest bardzo szczęśliwym człowiekiem.

pogodni młodzieńcy słuchają radosnej muzyki

Bo to jest taka choroba, że czasem wystarczy pierwszy akord, kilka taktów i już stoisz przy drzwiach ze ściśniętym gardłem. Podnosisz pięść do ust żeby stłumić… masz nadzieję, że tylko jęk. Oczy wilgotnieją. Twój organizm nie wie co się dzieje, czemu przy drzwiach, czy gdzieś się wybierasz, chcesz wyjść, a może je przymknąć? W głowie magma obrazów, głównie twarze. Ojciec, syn, ja. Żona, pierwsza miłość, pierwsze zauroczenie. Po chwili mija, jak każdy atak. Rzucasz się w wir codzienności, chwytasz się jakiejś praktycznej czynności. Gotujesz, zapalasz świeczkę, myjesz okna. Rozmyślasz o natchnieniu, czekasz, aż cię uderzy. Do następnego razu nie myślisz o tym, co ciągnie cię w dół.

 

wewte

wtorek to nie poniedziałek w to nie wątpię niech tamto utonie co to to nie

piętnaście lat więzi udało się udawało więzienie wychodzę głową do przodu przez kontakt w ścianie z numerem trzy? pięć? coś pomiędzy?

strategia taka sama co zawsze: odczekać umilknąć skłamać na piśmie zapomnieć

być może wróci tak jak wysypka na dłoniach którą karmię najprawdopodobniej glutenem, lub nabiałem, cukrem, chuj wi czym jeszcze, pić mi nie wolno, nie palę, głupa czasem walę

wychodzę głową do przodu przez kontakt w ścianie z numerem najprawdopodobniej cztery

wychodzę bez butów i nikt mi ich nie ubierze, nie będę krzyczał do automatów, najprawdopodobniej sam jestem jednym z nich

czendż

Zmieniam pościel, zmieniam skórę. Dziewczyno, kocham cię, ale mieszkam za ścianą. Już teraz wiem, że będę dziś wracał do domu w pośpiechu, jak gdyby goniły mnie wszystkie możliwe i niemożliwe demony. To piwo otworzę jeszcze w przedpokoju, oprę się o drzwi i osunę na podłogę. Zupełnie tak jak kilka lat temu, gdy wyjechali po raz pierwszy, gdy w końcu się dało. Wtedy oddałbym wszystkie skarby tego świata za to, aby być przez chwilę sam, dziś wiem, że samotność mi nie służy. Póki nie wrócą pomóż mi, zastrzel mnie.

 

myśli i słoma

Chyba po raz pierwszy w życiu niespecjalnie cieszę się ze słomianego owdowienia. Bo i z czego się tu cieszyć: dziś pracuję do dwudziestej pierwszej, jutro prawie do jedenastej… Nie skorzystam, nie specjalnie, niespecjalnie. Chyba mimo wszystko wolałbym być tam z nimi. Zdaje się, że też pierwszy raz ever. Po prostu zazdroszczę im tej jesieni w górach. Barwy które oni tam zastaną ja będę sobie musiał jakoś sam wywołać.

Diane,

coś się zbliża. Co ja gadam… Nic nie następuje. Jesień rozkwita wiśnią, ku chwale domniemanej elokwencji. Nie poznaję ludzi ukrytych za lustrzanymi okularami. Potem jest mi głupio i przykro. Och, jak bardzo będę próbował łagodzić kanty codzienności. Nawet kosztem piasku w oczach i odkurzacza w nosie.

mknie lśni

Ciężki deszcz musi spaść. Albo przynajmniej dziesięciotonowy młot. By głowa przestała emitować złe obrazy. By raczej rzucała odległościowe zaklęcia, tak jak ostatnio w górach. Wiedziałem, że się tam spotkamy, choć on szedł innym szlakiem, z zupełnie innej strony. Czasem tak mam, kiedyś miewałem częściej. To chyba coś w stylu odczuwania czyjegoś wzroku na sobie. Myślę, że im starsi jesteśmy, tym więcej zdolności tracimy. Łącznie z tymi, o których nie śniło się różnym takim. Kiedyś dziecięciem będąc układałem klocki lego i zabrakło mi jednej części. Gdzieś ją wcięło, no nie ma po prostu, zapewne wessała ją czarna dziura. Bez tego budowa nie mogła ruszyć ani na krok. Mocno się skoncentrowałem i… brakujący klocek spadł na moje biurko, tak jakby do tej pory krążył sobie swobodnie pod sufitem. Nigdy więcej nie udało mi się powtórzyć czegoś w tym stylu, a przynajmniej nie pamiętam aby coś podobnego miało później miejsce. Tak było, nie zmyślam. No chyba, że mi się tylko wydaje.