dryf

Przed snem przemierzam zakamarki Mszany Dolnej lub innej… Nie zdradzę się ani słowem. Tam byłem, tam czułem, że żyłem, i jeżeli kiedyś zostanę całkiem sam, to tam osiądę. Póki co sza! Sza jej, sza im, szaman. Zwrot akcji, jakaś postapokaliptyczna wizja mnie i koleżanki z pracy jako jedynych ludzi na ziemi. Chyba jeszcze nie śpię. A może już? Zdaje się, że tak, bo nagle jestem właścicielem posiadłości z ogromnym parkiem. Sen staje się męczący, bo w MOIM parku pojawia się sporo nieproszonych gości, w dodatku niektórzy z nich piją – o zgrozo! – piwo. Z butelek, które później najprawdopodobniej porzucą byle gdzie zaśmiecając MÓJ park. Budzę się z lekkim bólem głowy i mdłościami, ale takimi do przeżycia. Jakieś widmo kaca, kacowy flashback, bo przecież od dawna jestem grzeczny. Kawa w tak zwanym międzyczasie zdążyła się dopić. Odczuwam dumę, bo znowu po śniadaniu. I owszem, jak najbardziej ubrany.

Jedna myśl na temat “dryf

Dodaj komentarz