jeden zero jedna druga

Wygrywam z poranną kawą, wyprzedzam ją o te kilka kroków. Tradycyjnie zimą mam ochotę wyrzucić połowę mojej płytoteki, ale nauczony doświadczeniem wiem, że niektóre albumy odkryję na nowo za kilka miesięcy, może lat. Kusi mnie żeby usunąć fejsa, albo przynajmniej połowę tak zwanych znajomych. Większą połowę – uwielbiam, cofnij do tyłu – nie znoszę. Ale nie mogę usunąć, bo zdaje się, że bez prywatnego konta nie mogę prowadzić kilku miejsc, które chciałbym, aby w przyszłości stały się przystaniami dla moich dźwięków. Dlatego tak bardzo brakuje mi serwisu myspace z czasów swojej świetności. To było piękne, tam się wszystko zgadzało. Od nazwy, przez czytelny, prosty i funkcjonalny edytor, po znajomych, którzy oprócz subtelnego spamu jednak przejawiali jakieś zainteresowanie twórczością innych. To były czasy, teraz nie ma czasów. A jeszcze fajniej było bez internetu. Coś tam o nim wiedziałem od kolegi, który miał modem telefoniczny w domu, coś od Williama Gibsona, ale generalnie miałem to w dupie. Naszym cyberpunkiem była karta z impulsami do budki telefonicznej z której wysyłaliśmy zaszyfrowaną wiadomość na pager dilera. Technoparty na którym świeciłem do rana i nikomu nie przeszakadzały moje długie włosy. Zresztą w tym czasie Keith z The Prodigy też takie nosił. Powstało wtedy mnóstwo projektów o których potrafiliśmy rozmawiać nieprzerwanie przez kilka dni i nocy, przenosząc rozmowy z pubu do domów za pomocą stacjonarnych telefonów. Był czas na wszystko, robiliśmy niewiele. Nie tęsknię, wspominam. Paradoksalnie teraz działam więcej, o tyle o ile. I zdecydowanie jestem szczęśliwszy, choć świecę już tylko kawą, czasem tabaką, a niekiedy gasnę alkoholem i umysłowym zjazdem.

The Lema

Sami decydujemy o tym, ile magii wpuścimy do naszego życia. Parę dni temu odsłaniając rankiem rolety uśmiechnąłem się na widok okna jednego z mieszkań bloku naprzeciwko. Najprawdopodobniej dziecięcy pokój, bo do szyby przyklejono listy. Duże, żeby Mikołaj nie miał problemu z ich odczytaniem. Tam magia działa i będzie działać jeszcze przez jakiś czas. A ja… Jestem na szczycie Wieży Babel problemów ludzi z rozwiniętej cywilizacji technicznej. Do połączenia jej elementów wykorzystano zmielone ruiny czyichś marzeń. Siadam, macham nogami nad światem w dole. Dłoń, która jeszcze przed chwilą grała na nosie oczekiwaniom duchów, sięga teraz po niewidzialnego papierosa. Zasłużyłem, odwaliłem kawał zajebistej w swoim mistycyzmie roboty. Listy nadal przyklejone do szyby, swoje okno uchylam znacznie szerzej.

dryf

Przed snem przemierzam zakamarki Mszany Dolnej lub innej… Nie zdradzę się ani słowem. Tam byłem, tam czułem, że żyłem, i jeżeli kiedyś zostanę całkiem sam, to tam osiądę. Póki co sza! Sza jej, sza im, szaman. Zwrot akcji, jakaś postapokaliptyczna wizja mnie i koleżanki z pracy jako jedynych ludzi na ziemi. Chyba jeszcze nie śpię. A może już? Zdaje się, że tak, bo nagle jestem właścicielem posiadłości z ogromnym parkiem. Sen staje się męczący, bo w MOIM parku pojawia się sporo nieproszonych gości, w dodatku niektórzy z nich piją – o zgrozo! – piwo. Z butelek, które później najprawdopodobniej porzucą byle gdzie zaśmiecając MÓJ park. Budzę się z lekkim bólem głowy i mdłościami, ale takimi do przeżycia. Jakieś widmo kaca, kacowy flashback, bo przecież od dawna jestem grzeczny. Kawa w tak zwanym międzyczasie zdążyła się dopić. Odczuwam dumę, bo znowu po śniadaniu. I owszem, jak najbardziej ubrany.

lodołamacz

Zimą zawsze było mi łatwiej odbijać się od umysłowego dna. Więc odbija mi. Się. Odbijany! Choć nad głową tafla lodu, przekraczam skutą powierzchnię. To moje własne granice. Wpuszczam się z powrotem do kraju, bo znam się przecież na wylot.

Zimą też chętniej lepię elektroniczne płatki śniegu, tworzę coraz większe sfery stawiając wielkiego cybernetycznego bałwana. To ja? Jakoś tak łatwiej w pojedynkę, terapeutycznie. Tylko narzekam na brakoczas, bo przecież tyle bym mógł, więcej i więcej. A czemu narzekam? Bo jestem wściekły na siebie. Mam świadomość, że za największą ilość zmarnowanych chwil odpowiadam ja sam.

Zimą łatwiej o sojusze, a więc godzę się sam ze sobą. Obie strony, zmęczone długimi bojami, wystąpiły o zawieszenie broni. Pewnie kruche jak ten śnieg, ten prawdziwy, którego prawie nie ma i nie będzie, ale póki trwa, można próbować oddychać głębiej i nie myśleć o tym, ile smogu za każdym oddechem wciągam do płuc. I nie zważać na infekcje gardła. Teraz nie zatrzyma mnie nic, bo zimą trudniej o nieruszenie z miejsca. Ciężko zahamować na lodzie.