dalek

Coraz mniej mnie. Coraz bardziej nie dla mnie. Czerwienieję w zalewie. Sinieję tknięty łuną. Kameleon wbrew otoczeniu. W pustym orkiestronie kreślę batutą znaki zrozumiałe tylko dla mnie. Wszędzie dobrze, ale na bezludnej wyspie najlepiej. Albo w latarni morskiej. W stacji badawczej na Antarktydzie.

(ab)synt

Czuję się jak duch. Przenikam ściany i województwa. Zajmuję się rzeczami nieistotnymi, czyli sobą. Nie mam gorączki, do czerwoności za to rozgrzany jest telefon. Głównie jednostronne rozmowy, nikt nie jest zainteresowany. Ludziom jest źle, w przeciwieństwie. Jestem kocim Midasem pozostawiającym po sobie cztery złote odciski.

hu!

Centrum handlowe w biedniejszej dzielnicy. Ludzie bardziej nijacy, sprzedawcy bardziej niewyjściowi. Czuję się na miejscu. Dziwi tylko powierzchnia zajmowana przez gastronomię: KFC, chińczyk, kebab, Olimp, sushi, dwie piekarnie, dwie cukiernie. Pół dzielnicy się tu chyba stołuje. Jeszcze bardziej dziwię się, że jeszcze nie ma południa, a ludzie jedzą, dzikie tłumy. Co jest, kurwa? Nikt już w domu nie gotuje, czy jak? Nie jada się już śniadań przed wyjściem do pracy, że o jedenastej trzeba wciągnąć kebsa albo kurczaka w cieście kokosowym? Biedniejsza dzielnica, uboższe sklepy, mniejszy wybór. Tylko na parkingu jakby bez różnicy, samochody przeważnie dobre i w miarę nowe. W sumie nie znam się, nieistotne, tak jak i cała ta galeria, z całą tą wiecznie zapłakaną dzielnicą. Idę na tramwaj, przyjeżdża ten nowoczesny, szkoda. Nieadekwatnie. W środku stoję obok młodego chłopaka z jakimś ciężkim tikiem nerwowym, albo innym zespołem nie wiem czego. Słyszę go mimo dousznych słuchawek, co jakiś czas wydaje z siebie głośny, niekontrolowany dźwięk, jakby pohukiwał. Widzę spojrzenia innych pasażerów. Tak sobie myślę, jakie on musi mieć życie. Tak sobie myślę, że moje chyba nie jest najgorsze.

ełejk

To śmieszne uczucie, gdy wstajesz rano, a twoje dłonie nie mogą sobie poradzić z otwarciem nowej butelki wody mineralnej. Nacinasz zakrętkę nożem, ale nadal nie dajesz rady. Poddajesz się, nalewasz kranówę. Choć mówią, że można ją pić, jakoś nie chcesz w to wierzyć. A więc lekarstwo popijasz syfem. Kładziesz się jeszcze, choć boli cię kręgosłup. Śmieszne uczucie. Haha.

Diane,

znowu źle sypiam, dlatego nie wyślę tej wiadomości. Gdyby coś mi się stało, kasetę z nią znajdziesz w samochodowym schowku. W nocy nie chcę słyszeć, wyższe piętra okupują skandynawscy inwestorzy. Nie mogę leżeć, wstaję, ale nie mam sił na czytanie. Nie mogę słuchać muzyki, potrzebuję ciszy, która po pewnym czasie staje się niewygodna. Stopery do uszu uwierają, wyjmuję je. Zasypiam niespokojnie, mam lekki katar. Budzę się o dziwo wyspany. Kradnę chwilę, przesalam sałatkę.

system operacyjny ilorazu inteligencji

Klamka pokoju 209 zrobiona jest z pieczarki, ale w środku nikogo nie ma, nawet mnie. Mógłbym udać się parę pięter niżej, ale po ciosie w żołądek jestem zwinięty w kłębek i ssę kciuk. Jakoś udaje mi się opuścić budynek, prostuję się z każdym krokiem. Na zewnątrz czeka moja deskorolka z batmanem, zapodaję hałas z kolorową okładką i sunę do domu, w którym czeka mnie kolejny cios. Wal, losie, wal jak w ten oszukańczy dym. Ze spokojem czekam na badawcze wiadomości tekstowe, których prawdziwa treść powinna wyglądać tak: „Dzień dobry, tak tylko sprawdzam, czy dowiedziałeś się, że ja i moje koleżanki znowu paliłyśmy w domu, mimo że kilka razy obiecałam Ci, że ze względu na astmę Twojego syna, już nigdy do takiej sytuacji nie dopuszczę. Kilka razy, bo przecież oszukiwałam Cię w tej nieistotnej przecież kwestii, w końcu to moje mieszkanie, a wy wyolbrzymiacie tą całą chorobę i trzymacie dziecko pod kloszem. Twój ojciecpanieświećnadjegoduszą – miał co do tego rację”.

sadol

Ja generalnie źle znoszę ból. Na całe szczęście natura obdarzyła mnie zdrowymi zębami, dzięki czemu przez kilkanaście lat w ogóle nie chodziłem do dentysty. Kiedy jednak musiałem w końcu się do niego wybrać, byłem chory ze strachu i na dzień dobry powiedziałem uroczym paniom w gabinecie, że płacę wszystkie pieniądze żeby nie bolało i że jestem mdlejący. Panie żeby mnie ośmielić posmarowały mi dziąsła czymś owocowym dla dzieci, położyły mnie też na dziecięcym fotelu dentystycznym z poprzyczepianymi do niego pluszowymi maskotkami. Musiały mieć ze mnie niezły ubaw, za to ja jeszcze długo miałem fantazje erotyczne o zielonych kitlach i fotelach z lampami. Tak na marginesie – miałem wtedy do zrobienia tylko jedną plombę. Do tej pory nic więcej poza plombami nie muszę na szczęście robić, ale i tak za każdym razem biorę potrójne znieczulenie. Ale do czego zmierzam. Od pewnego czasu borykam się z delikatną wysypką, która atakuje moje dłonie i kostki u nóg. W zasadzie prawą stronę bardziej niż lewą. Nasila się to szczególnie zimą, kiedy to mam wrażenie, że woda w kranie jest inna, jakby bardziej chlorowana czy coś. Jest to ewidentnie wynik jakiejś alergii lub pseudoalergii pokarmowej, ale ciężko namierzyć produkt który mi szkodzi, bo wysypka nie pojawia się od razu. A jak już się pojawi, to chwilami bardzo swędzi, a przez drapanie chyba rozszerza swój zasięg. Staram się więc nie drapać i nie używać kremów ze sterydami, bo skóra stała się jakby bardziej delikatna. A co ma z tym wszystkim wspólnego wspomniany już wcześniej ból? Otóż przypadkiem zauważyłem, że kontakt z gorącą wodą w tych miejscach wywołuje u mnie uczucie, które trudno opisać. Z jednej strony ból, ale cholernie przyjemny (?), jakbym równocześnie drapał całe zaatakowane miejsce, plus coś jeszcze. Nie jest to podniecenie seksualne, ale jest to jednak coś, co każe mi pod prysznicem przez minutę, czy ile tam uda mi się wytrzymać, polewać kostki u nóg wrzątkiem. Podejrzewam, że nie do końca jest to zdrowe dla mojej skóry i mojej popieprzonej głowy, ale czymże byłoby życie bez dziwactw?

erpeg

W sumie to nawet zabawne, jak bardzo na innych falach nadają czasem bliskie sobie osoby. Na przykład impulsem do rozważań na temat śmierci dla mojej żony był netflixowy serial Dracula. Nie oglądałem go i chyba nie zamierzam, ale nie w serialu rzecz. Chodzi mi o to, że heloł! Witaj w moim świecie!

Myśli o śmierci towarzyszą mi przez całe życie (śmierci – życie) i wraz z nim ewoluowały. Dziecięciem będąc postrzegałem śmierć jako coś najbardziej straszliwego co nas może spotkać. Och, słodka naiwności… Z drugiej strony niewiele później, pewnie jak większość dzieci, brałem pod uwagę samobójstwo, zwłaszcza przed jakimś ważnym sprawdzianem z matematyki. Wielką przyjemność sprawiało mi wyobrażanie sobie swojego pogrzebu, jacy wszyscy są smutni, jak bardzo żałują, że zmuszali mnie do chodzenia do szkoły muzycznej. W okresie nastoletnim zostawiłem śmierć w spokoju, bo życie bywało dość wesołe. Zwłaszcza po LSD.

Temat śmierci powrócił, gdy w końcu znalazłem swoją drugą połówkę. Dosyć późno, przyznaję, bo mniej więcej w okolicach dwudziestki. Wcześniej jakoś się nie udawało. I gdy już przestałem być sam, od razu niemalże obsesyjnie zacząłem drżeć o tą drugą osobę. To chyba Stephen King powiedział lub napisał kiedyś coś w tym stylu, że to nasza wyobraźnia jest autorem najgorszego horroru z naszymi ukochanymi w rolach głównych. W każdym razie ja czułem się tak, jakby nagle cały świat postanowił pozbawić mnie mojego ówczesnego szczęścia.

Na myśli o śmierci trzeba było poczekać do narodzin mojego syna (śmierci – narodzin). W najczarniejszym okresie walki o jego zdrowie byliśmy z żoną tak zmaltretowani psychicznie i fizycznie, że w sumie nie dziwię się, że mój umysł stwierdzał niekiedy w nocy „Okey, dość kurwa tego, koniec. Może lepiej niech on już nie wraca z tego szpitala. Będzie łatwiej. Pewnie moje małżeństwo tego nie wytrzyma, ale w sumie wszystko mi jedno”. Tak było. Podejrzewam, że nie jestem jedyną osobą na świecie, której w ciężkich chwilach zdarzało się myśleć w ten sposób. Tak więc, niech pierwszy rzuci kamieniem…

Śmierć mojego taty oczywiście odcisnęła na mnie jakieś piętno, ale w sumie z różnymi dramatycznymi sytuacjami byłem już tak otrzaskany, że do tematu podszedłem dość racjonalnie. Musiałem zresztą, na żałobę nie było bowiem czasu. Dopiero później przyszedł odpowiedni moment na jakąś refleksję, na zastanowienie się, jakie to wszystko jest ulotne i w sumie, jak tak się bliżej przyjrzeć, gówno warte.

To było trzy lata temu. Teraz życie (życie) wskoczyło na nowe tory, mknięcie odbywa się na innym biegu. O śmierci (śmierci) zdarza mi się pomyśleć dużo rzadziej, najczęściej wzruszam przy tym ramionami. Dlaczego o tym wszystkim piszę? Bo podczas wczorajszego spaceru z niewidzialnym przyjacielem, w trakcie podziwiania starych bloków mieszkalnych, miałem jej wizję. Nie wiem czemu, ale przyrównałem ją do utraty życia bohatera gry komputerowej typu Diablo, albo innego rpg. Twoja postać dostaje cios, upada tam gdzie stoi, a obok w nieładzie ląduje cały jej ekwipunek: broń, pancerz, flaszeczki z eliksirami, magiczne zwoje. Kiedy nasze HP spada do zera, eksplodujemy na cały wszechświat wspomnieniami, marzeniami, ukrytymi spojrzeniami, nienapisanymi listami… Nie pytajcie czemu tak, nigdy nie mówiłem, że będzie łatwo.

Końcówka trochę jak Paulo Coelho.