erpeg

W sumie to nawet zabawne, jak bardzo na innych falach nadają czasem bliskie sobie osoby. Na przykład impulsem do rozważań na temat śmierci dla mojej żony był netflixowy serial Dracula. Nie oglądałem go i chyba nie zamierzam, ale nie w serialu rzecz. Chodzi mi o to, że heloł! Witaj w moim świecie!

Myśli o śmierci towarzyszą mi przez całe życie (śmierci – życie) i wraz z nim ewoluowały. Dziecięciem będąc postrzegałem śmierć jako coś najbardziej straszliwego co nas może spotkać. Och, słodka naiwności… Z drugiej strony niewiele później, pewnie jak większość dzieci, brałem pod uwagę samobójstwo, zwłaszcza przed jakimś ważnym sprawdzianem z matematyki. Wielką przyjemność sprawiało mi wyobrażanie sobie swojego pogrzebu, jacy wszyscy są smutni, jak bardzo żałują, że zmuszali mnie do chodzenia do szkoły muzycznej. W okresie nastoletnim zostawiłem śmierć w spokoju, bo życie bywało dość wesołe. Zwłaszcza po LSD.

Temat śmierci powrócił, gdy w końcu znalazłem swoją drugą połówkę. Dosyć późno, przyznaję, bo mniej więcej w okolicach dwudziestki. Wcześniej jakoś się nie udawało. I gdy już przestałem być sam, od razu niemalże obsesyjnie zacząłem drżeć o tą drugą osobę. To chyba Stephen King powiedział lub napisał kiedyś coś w tym stylu, że to nasza wyobraźnia jest autorem najgorszego horroru z naszymi ukochanymi w rolach głównych. W każdym razie ja czułem się tak, jakby nagle cały świat postanowił pozbawić mnie mojego ówczesnego szczęścia.

Na myśli o śmierci trzeba było poczekać do narodzin mojego syna (śmierci – narodzin). W najczarniejszym okresie walki o jego zdrowie byliśmy z żoną tak zmaltretowani psychicznie i fizycznie, że w sumie nie dziwię się, że mój umysł stwierdzał niekiedy w nocy „Okey, dość kurwa tego, koniec. Może lepiej niech on już nie wraca z tego szpitala. Będzie łatwiej. Pewnie moje małżeństwo tego nie wytrzyma, ale w sumie wszystko mi jedno”. Tak było. Podejrzewam, że nie jestem jedyną osobą na świecie, której w ciężkich chwilach zdarzało się myśleć w ten sposób. Tak więc, niech pierwszy rzuci kamieniem…

Śmierć mojego taty oczywiście odcisnęła na mnie jakieś piętno, ale w sumie z różnymi dramatycznymi sytuacjami byłem już tak otrzaskany, że do tematu podszedłem dość racjonalnie. Musiałem zresztą, na żałobę nie było bowiem czasu. Dopiero później przyszedł odpowiedni moment na jakąś refleksję, na zastanowienie się, jakie to wszystko jest ulotne i w sumie, jak tak się bliżej przyjrzeć, gówno warte.

To było trzy lata temu. Teraz życie (życie) wskoczyło na nowe tory, mknięcie odbywa się na innym biegu. O śmierci (śmierci) zdarza mi się pomyśleć dużo rzadziej, najczęściej wzruszam przy tym ramionami. Dlaczego o tym wszystkim piszę? Bo podczas wczorajszego spaceru z niewidzialnym przyjacielem, w trakcie podziwiania starych bloków mieszkalnych, miałem jej wizję. Nie wiem czemu, ale przyrównałem ją do utraty życia bohatera gry komputerowej typu Diablo, albo innego rpg. Twoja postać dostaje cios, upada tam gdzie stoi, a obok w nieładzie ląduje cały jej ekwipunek: broń, pancerz, flaszeczki z eliksirami, magiczne zwoje. Kiedy nasze HP spada do zera, eksplodujemy na cały wszechświat wspomnieniami, marzeniami, ukrytymi spojrzeniami, nienapisanymi listami… Nie pytajcie czemu tak, nigdy nie mówiłem, że będzie łatwo.

Końcówka trochę jak Paulo Coelho.

2 myśli na temat “erpeg

  1. niby metafizyka a jednak życie.
    mi jedynym porównaniem jakie przychodzi do głowy jest mrówka. ciekawe co na to Freud. takie to życie. nieróżowe.

    Polubienie

  2. Kończy się życie i kończy się świat. Nawet dość często sobie myślę w takich chwilach, że kiedyś i moja klepsydra zawiśnie na bramie kościoła.

    Polubienie

Dodaj komentarz